Inspirujące rozmowy: „Powinniśmy umieć poświęcić czas, a nie to ile „lajków” dostaniemy na Instagramie”

Ludzie nie rozumieją, że polityka, to nie jest twór wyobcowany, tylko jest to coś czym oni żyją, co decyduje o tym jak oni żyją, czy mogą wyjeżdżać z tego kraju czy mają paszporty w domu czy też nie?

Dzisiejszy świat – szczególnie reklamy – to profanacja? Nastawiona na dosłowność i przekaz treści konkretnej osobie?

To prawda. Jednak w reklamie chodzi o to żeby zarabiać. Uważam, że odbiorcy się znacznie od siebie różnią, nie chodzi o same różnice wynikające z charakterystyki medium czy samej reklamy. Weźmy na przykład spoty Benettona. Firma włoska i szokujące billboardy w latach 90. Kto dziś nie pamięta reklamy z całującą się zakonnicą i księdzem? Mocno bulwersująca. Uważano, że łamie swoiste sacrum i duchowość z nią kojarzone. Sacrum powinno być czyste. A profanum kojarzy się z brakiem duchowości, jest czymś przeciwnym do sacrum. Metaforycznie rozumiane jako coś gorszego, brzydszego.

Czy reklama, która pojawiała się kiedyś jest dzisiaj kontrowersyjna?

Mi się wydaje, że nie. Przyjrzyjmy się na przykład reklamie Hoop-Coli. Kolęda jako tło – bardzo źle odbierana. Setki skarg do Rady Etyki Mediów. A dzisiaj? Nikogo nie porywa reklama, która szokuje. Według mnie ma to związek z rozwojem kompetencji wizualnych. Odbiorca staje się bardziej wyedukowany, rozumie co do niego się mówi. Postępująca laicyzacja też dorzuca tutaj swoje „pięć groszy”, spostrzegamy spłycony przekaz. Dziś nagość i „zgorszenie” jest na porządku dziennym i nikogo nie szokuje.

W zmiany, dużym „wkładem” jest też pokolenie Millenialsów…

Millenialsi na pewno już na to nie zwrócą uwagi. Oni są bardziej zlaicyzowani. Mimo, że – teoretycznie – Polska to kraj katolicki. W praktyce chyba nie jest jednak taki katolicki. Prowadzone są już badania, które pokazują ile tak na prawdę „praktykujących” katolików praktykuje wiarę. Przykładem mogą być moi znajomi, którzy postanowili przyjąć księdza po kolędzie tylko po to, ażeby ich dziecko nie miało problemów przy zbliżającej się komunii. To co się wiążę z byciem katolikiem, koncentruje się na obrzędach, stało się tylko rytuałem. Rytuał jest dużo bardziej istotny niż sama wiara.

Ale czy to nie tak zwane polskie cwaniactwo?

Możemy to podciągnąć pod takiego „polskiego cwaniaczka”. Wydaje mi się, że są to jeszcze pozostałości po okresie socjalistycznym, kiedy każdy obywatel który przechytrzył to co państwowe, formalne był swego rodzaju bohaterem. Bo się po prostu przeciwstawiał temu co „złe”. Wtedy to co było instytucjonalne, uważano de facto za nieodpowiednie. Trochę to dla mnie prawdę powiedziawszy smutne, że Polacy nie rozwijają się wraz z rozwojem naszej codzienności i współczesnej cywilizacji. Teoretycznie mamy tę demokrację, ale nic ludzi ona nie nauczyła. Tylko tego, że demokracja to dla nich tylko prawa. Ale już nie postrzegają tej demokracji w kategorii obowiązków. Choćby głosowanie w wyborach parlamentarnych, jest nie tylko przywilejem ale też i obowiązkiem. To jest niezwykle ważne, ale też niepokojące, że Polacy się nie edukują. Przykładem może być sytuacja na zajęciach uczelnianych. Studenci zapytani co sądzą o tym co jest pokazywane w obecnych mediach, głównie w kanałach informacyjnych, odpowiadają, że dla nich to bez różnicy. Niesamowite i zatrważające, że mówią „ja nie wiem, bo się nie interesuję”. Ludzie nie rozumieją, że polityka, to nie jest twór wyobcowany, tylko jest to coś czym oni żyją, co decyduje o tym jak oni żyją, czy mogą wyjeżdżać z tego kraju czy mają paszporty w domu czy też nie? W latach 70. XX wieku paszporty były przechowywane w urzędach. Braki w zakresie edukacji społecznej to chyba błąd rodziców. Choć najłatwiej brak wiedzy o demokracji, o społeczeństwie demokratycznym zrzucić na instytucje. Łatwiej powiedzieć, że „szkoła nie nauczyła”. Ale wydaje mi się, że my sami, obywatele nie bierzemy odpowiedzialności za swoje życie.

W szkole chyba nie ma dużej tolerancji?

Trochę zależy to od tego jaką szkołę weźmiemy pod uwagę. Te społeczne są bardziej otwarte. Nie ma tam problemów dotyczących różnorodności etnicznej, że kolega wygląda inaczej, że dziewczynka ma rodziców z Indii czy Chin. Kiedyś dziecko o innej niż biała karnacja od razu był naznaczony i wyśmiany. Teraz już tak się nie dzieje, więc jednak ta tolerancja jest budowana. Nie chcę powiedzieć, że wszystkie instytucje państwowe są negatywne i nie uczą tolerancji, bo tak nie jest. To wiele zależy od ludzi. Od nauczycieli i dyrektorów szkół.

Porozmawiajmy o social mediach. Ostatnio można zauważyć pewną tendencję, że to co jest np. na Instagramie niekoniecznie jest rzeczywistością. To chyba taki niepokojący trend, że każdy chce być ponad stan rzeczy i posiadania, a to jak „niby żyjemy” łechce nasze ego?

Oczywiście, że tak jest! Goffman mawiał, że życie to teatr, zakładamy maski i odgrywamy role (więcej niż jedną). Jak ja jestem w domu matką to staram się być bardziej ciepła, kochająca. Jak jestem w pracy to jednak nie mogę taka być, muszę stawiać granice.

Tak, tylko w takich wypadkach mamy doświadczenie z osobami, które znamy, a na IG nasz profil jest w pełni publiczny. Gdy ktoś zderzy się z nami w rzeczywistości może się grubo rozczarować…

To oczywiste. Ale jak rzadko dochodzi do takiego zderzenia. Tam nie poznajemy relacji długotrwałych, a szybkie i tymczasowe. Social media są po to żeby pokazywać siebie takimi jakimi chcemy być odbierani, a nie jacy jesteśmy naprawdę. To zgubne i mylące. Nie nawiązujemy tam relacji społecznych. To zwykłe narzędzie do kreowania wizerunku.

Ale czemu to ma tak na prawdę służyć?

Lepszemu samopoczuciu. Po prostu. Proszę zobaczyć kto jest naszym idolem. Celebryci. Ta aureola wytworzona przez nich i to na jakim są świeczniku powoduje, że większość ludzi chce uszczknąć kawałek tego tortu dla siebie. Teraz social media są miarą tego jacy jesteśmy, choć właściwiej byłoby powiedzieć – jak chcemy być postrzegani przez innych.

Ale co ma to na celu? Pokazywanie się i swoisty wirtualny ekshibicjonizm? Ukazywanie tego co jem – za wszelką cenę albo udawanie kogoś kim się nie jest?

Zwykłe dowartościowanie. Siebie. Lubimy gdy się podbudowuje nasze ego. Przykładem może być sprawa pewnej dziewczyny z USA, która żyła fikcyjnym życiem. Była bardzo nieśmiała i przez 3 lata nie wychodziła z domu. Miała po prostu z tym duży problem. Jednak chciała być postrzegana jako zdolna, bogata, i taka która ma też bogate życie towarzyskie. I właśnie na rzeczonym Instagramie gdzie miała konto, pokazywała zdjęcia, które sugerowały, że właśnie wybiera się w podróż. Wszyscy byli przekonani, że ona niesamowicie dużo podróżuje. Niestety żyła w iluzji spełnionego życia. I dopiero gdy zaniepokojeni rodzice zabrali ją do psychologa, zrozumiała, że żyła fikcją wykreowaną na potrzeby internetu. Być może to jest jakaś forma choroby cywilizacyjnej. Porażające jest to jak ludzie często nie zdają sobie sprawy, że to co czytają lub oglądają najczęściej nie jest prawdą. Przypomnijmy sobie słuchowisko radiowe z 1938 „Wojnę Światów” albo jeden z pierwszych pokazów filmowych „Wjazd pociągu na stacje La Ciotat” braci Lumère. W jednym i drugim wypadku wywołano prawdziwy lęk wśród odbiorców. Ludzie muszą nabrać kompetencji, które pozwolą im odczytywać informację. Nie uczymy się w szkole logiki czy filozofii…

Wracając do profanum i sacrum – jesteśmy w stanie stwierdzić, że nie ma dziedziny życia do której nie wtargnęły pewne „profanacje”?

Przestrzeń publiczna i my odbiorcy gdzie reklama – nomen omen – towarzyszy nam praktycznie bez przerwy, to strasznie duża ilość czasu spędzana z przekazami perswazyjnymi. Reklamy są nam wpajane, odtwarzane wiele razy. Zdarza się, że idąc do sklepu już nie pamiętamy, że widzieliśmy reklamę tylko kojarzymy sklep np. z danym środkiem do mycia naczyń. Staje się to dla nas oczywiste, że ten reklamowany środek sami wybieramy. Wydaje mi się to kwestią ciągłego braku dostatecznej edukacji. Zwłaszcza brak logiki w szkołach pokutuje. Człowiek, który nie potrafi przeprowadzić ciągu myślowego nie będzie w stanie rozróżnić co jest prawdą, staje się łatwowierny, łatwo nim manipulować. Co więcej, my na tę łatwowierność się godzimy, a wręcz jej oczekujemy, bo ułatwia nam życie. Mamy gotowe odpowiedzi, podane na tacy. Gdyby nie było reklamy musielibyśmy przeprowadzić rozpoznanie, podjąć decyzję ….

No właśnie! Czy wtedy nie byłoby lepiej?

Byłoby zdecydowanie lepiej! Natomiast ludzie dążą do myślenia schematycznego, prostego i ułatwienia sobie życia i codziennych czynności. Takiej automatyzacji życia. Jeżeli automatyzację mamy dzięki reklamom, to my ją chcemy. Bez reklam życie wymagałoby więcej wysiłku i podejmowania decyzji, czego ludzie nie chcą robić. Wolą przerzucić odpowiedzialność na reklamę. To się wiąże – może będę nudna – ale z systemem edukacji gdzie uczymy się myśleć schematycznie. Zobaczmy na egzaminy – wszystkie są oparte na kluczu odpowiedzi. Nie używamy tam myślenia samodzielnego. Liczą się punkty. Bo to jest premiowane. W pracy jest tak samo – szef nam dokładnie mówi jak mamy działać i wypełniać polecenia. Nie pozostawia, bardzo często, miejsca na samodzielne myślenie.

Praca zespołowa to nie jest nasza mocna strona?

Zdarza się, że nie umiemy uszanować czyjegoś zdania jeśli tej osoby nie lubimy. Bardziej skłonni jesteśmy współpracować z osobami, które wzbudzają w nas pozytywne emocje. Często przenosimy nasze negatywne nastawienie na pracę, gdzie nie powinny mieć miejsca prywatne potyczki. Na szczęście powoli to się zmienia. Wiele firm wprowadza do swoich działów coś co nazywamy „design thinking” (myślenie pod rozwiązanie). Na przykład, jeden z banków wymyśla rozwiązania dla… hoteli!

Nasuwa się tutaj pytanie – schemat zabija kreatywność?

Jak najbardziej. Człowiekowi się po prostu nie chce, gdy ktoś każe mu działać według z góry przyjętego schematu. Mamy dużo pracowników tzw. taśmowych, których zawsze można wymienić na innego bez uszczerbku na „linii produkcyjnej”. To bardzo zabija kreatywność i niejako poczucie człowieczeństwa. Gdyby pracownicy mieli takie poczucie, że to co  wymyślą, zrobią coś świetnego, że to będzie użyte i docenione – myślę, że chętniej by pracowali.

Pieniądz to czas, a czas to pieniądz?

W ludziach musimy cenić to co jest nie do kupienia. Powinniśmy móc poświęcić czas, a nie to ile „lajków” dostaniemy na Instagramie czy Facebook-u. W życiu realnym, a nie wirtualnym budujemy prawdziwe relacje.


Małgorzata Bulaszewska – kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca. Członek Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego oraz wykładowca w WWSH im. B. Prusa. Bada popkulturowe aktywności sieciowe  Digital Natives i Digital Imigrants ze szczególnym namysłem nad potocznością myślenia wokół wieku i wynikających z niego stereotypów o tym co dozwolone lub zabronione. Analizuje retorykę polskiej blogosfery zarówno w  obszarze oralnym, jak i wizualnym.  Interesuje się filmem zarówno w kontekście historycznym, jak i nowoczesnym; zwłaszcza przedstawieniach archetypów kulturowych (trickstera, szamana/mędrca, króla, matki, super/anty bohatera). Bada nastające, utrzymujące się lub przemijające mody w kulturze zarówno mody na ubiór, technologii (w tym użytkowej), stylu bycia, przynależności do grup społecznych. Autorka prac naukowych, ostatnio opublikowała „Rola błazna w kulturze. Przedstawiciele archetypu w polskiej przestrzeni medialnej początku XXI wieku”.