Odkąd dyrektor kreatywną Diora została Maria Grazia Chiuri czekam aż ją wyrzucą. Zaprojektowane przez nią kolekcje kupią tylko ci, za których płacić muszą rodzice.


Co urodzeni na przełomie XX i XXI stulecia lubią najbardziej? Logo! Widoczne z daleka, wywalone na wszystkim, zwłaszcza na bawełnianych koszulkach i paskach. Pierwszy tego odkrycia dokonał Amerykanin Michael Kors, torby zdobione jego tombakowymi inicjałami w Polsce jeszcze jakoś się sprzedają, ale reszta świata już się nimi nasyciła i teraz robi sobie z nich jaja.

Dior to zawsze była najwyższa półka, luksus czysty, absolutny, pod względem estetyki lata świetlne dzieliły go od Korsa. Aż przed rokiem przyszła Maria Grazia Chiuri i zarządziła wielkie odmładzanie marki. Polega ono na tym, że kawałek kolekcji na wiosnę 2018 jest z czarnej skóry udającej latex – czytaj „na ostro”, po nim na wybieg wychodzą sweterki w serduszka, aniołki i dinozaury, kicz totalny. Spódnice też muszą być i są, najpierw kilka przezroczystych, żeby było sexy, następnie kilka za krótkich, żeby pokazać długie buty z siatki lub obsypane brokatem. I jeszcze gorset typu trzmiel, w czarno-żółte paski, a na głowę berecik z antenką, taki żarcik.

Z DNA Diora nie zostało nic, ale co tam, liczy się wyłącznie kasa. A jeśli tak, to nie tędy droga. Na pytanie, czy zreformowany Dior się sprzeda nawet niezwykle ostrożny w krytykowaniu reklamodawców amerykański Vogue pisze, że nie, największym atutem kolekcji są płaskie podeszwy butów, być może wygodnych, chociaż nie wyglądają.

Categories: Moda