Nowe oblicze Greya „Miało być dla beki, a zrobiło się bez beki”

Na świecie jest sporo rzeczy, które wszyscy zawzięcie hejtują i łączą się w tym hejcie – czasem słusznie, czasem nie. Czasem też w imię zasady „bo nikt tego nie lubi i powszechnie jest to uznawane za rzecz, którą śmiało można podciągnąć pod słowo na literę „g”.

W tej kategorii znalazło się disco polo (bo przecież nikt nie słucha, ale jakoś każdy zna na pamięć całą dyskografię Zenka Martyniuka), co sezon lądują tam również konkretne części garderoby i trendy uważane za tandetne (a przecież dzwony-biodrówki i balejaż miała kiedyś każda szanująca się fanka Spice Girls, ewentualnie Mandaryny).

W tym cudownym zbiorze znienawidzonych tworów nie można pominąć pierwszej okładki polskiego Vogue’a, bo podobno „krzywa , śmierdzi Rosją i smogiem. I w końcu „50 Twarzy Greya” z kolejnymi częściami tego harlequina do kompletu. Bo film tandetny, historia tania i przerysowana, tak, już to gdzieś było słyszane. Chyba nawet ze swoich ust.

Fot. Universal/materiały prasowe

Książkę zaliczono bo lubię zapoznać się z czymś zanim zgodzę się z opinią publiczną i żeby nie być zbyt podłym człowiekiem, powiem tak: no to nie jest literatura wysokich lotów. Nie jest napisana mickiewiczowskim językiem, fabuła do przewidzenia, sporo w niej wykluczających się elementów i osobiście sporo bym tam pozmieniała. Nie podobało mi się. Aż do tego roku. Luty, kilka dni przed walentynkami coś mnie natchnęło… aby dla beki obejrzeć dwie zaległe części i 14 lutego również dla beki wybrać się do kina. I z dla beki zrobiło się bez beki, bo jednak nie taki Grey straszny, jak go oceniają.

 

Autorka całej historii odwaliła kawał dobrej roboty. Trafiła do tysięcy kobiet na świecie. Do tego, co skrywają gdzieś głęboko w głowie, a boją się ujawnić bo w wielu środowiskach po prostu nie rozmawia się o seksie i kropka. A tak poza tym która nie chciałaby mieć takiego Greya? Choć cała historia wydaje się mocno odrealniona, to jednak jest całkiem przyzwoitym case study relacji damsko-męskich w ładnym opakowaniu. O stawianiu granic i pewności siebie przede wszystkim, co często przesądza o tym, czy w ogóle z kimś będziemy. Mimo, że książkowi bohaterowie zachowywali się dość pokracznie i żenująco, to ci filmowi dawali radę i całkiem dobrze przedstawili relację głównych bohaterów. Czy grali jak drewno w tartaku? Słyszałam takie opinie i się z nimi nie zgodzę. Jest naprawdę cała masa gorszych filmów i aktorów – wystarczy rozejrzeć się po rodzimym podwórku. Nie brakuje na nim bezpłciowych i drętwych postaci. Filmowy Grey czy Ana przynajmniej wywołują emocje. Czyli spełniają zadanie, bo jest to film o emocjach.

Większość sceptycznie nastawionych osób krytykuje historię za sam wątek. Bo przecież co milioner widział w jakiejś tam studentce, która nawet nie była specjalnie ładna? Mógł wybrać sobie każdą, a wybrał ją. To ja odpowiem na to pytanie: widział w niej pewność siebie. Ana w przeciwieństwie do poprzednich partnerek Greya nie była nachalna i choć bez pamięci się w nim zakochała, nie dała sobą pomiatać i wyznaczała granice. Tak, kolejny raz dodam – to tylko film. W prawdziwym życiu szanse na poznanie takiego pana Greya są mniej więcej takie, jak szansa na wygraną w totka. Ale za to w prawdziwym życiu relacje damsko-męskie rządzą się dokładnie takimi samymi prawami. Uczucia dokładnie tak samo wpływają na czyny, a pewność siebie góruje nad ładnym opakowaniem.

Poza tym idealizowanie Greya nie jest też dobrym stwierdzeniem – w końcu on na początku zachował się średnio przyzwoicie. Posunę się do takiego porównania jak „pierwszy lepszy dupek z tindera”. Po prostu chciał z Aną uprawiać seks i nic poza tym. Nawet z nią nie sypiał. Nie pozwalał się dotykać. Fundował jej prezenty, ale był oschły. Zapewne wiele osób spotkało w swoim życiu kogoś takiego. I albo go od razu odrzuciło, albo zakochało się bez pamięci. Dopiero w kolejnych częściach Greya zaczęła się sielanka, choć bohaterowie nadal mieli problemy. Ale grunt to je rozwiązywać wspólnie, prawda?

Jak trzecia ekranizacja tej książki ma się do poprzednich? No, trochę gorzej, choć równie dobrze się ogląda. Film jest ładny. Dla fanów estetycznych obrazów, dobrych kadrów i kompozycji oglądanie będzie przyjemnością. Co mi tam nie grało? Może trochę za dużo seksu. Tak, wiem że to jeden z motywów przewodnich, jednak w momencie, gdy praktycznie każda scena kończy się rozłożeniem nóg, film zaczyna przypominać soft porn. Poza tym brak logiki w niektórych częściach historii – Christian doskonale pamiętał swoją matkę, która zmarła kiedy miał 4 lata. Nie mógł wymazać jej z pamięci. Później trafił do adopcji, był już starszy, ale nie pamiętał nic z czasów przebywania w rodzinie zastępczej. Zwłaszcza pewnej bardzo istotnej postaci. Rozpoznał ją dopiero na zdjęciu. Można w filmie i książce znaleźć sporo takich smaczków, jednak nie przeszkadza to w oglądaniu. Motywem przewodnim jest relacja, a ona zbudowana tam została bardzo realistycznie. I chwała za to twórcom. Ten film po prostu przyjemnie się ogląda. Zwłaszcza, jeśli ma się ochotę na chwilę przenieść się do innego świata i oderwać od rzeczywistości. Bo o to chodzi w tego typu ekranizacjach i dorabianie tutaj ideologii „mało ambitnego kina” zwyczajnie nie ma sensu!

Fot. W Magazine