Marta Dyks

Marta Dyks: „Jestem typem perfekcjonisty”

Marta Dyks pochodzi z Bydgoszczy. Jak sama mówi nigdy nie marzyła o tym, że zostanie modelką i że będziemy ją podziwiać w kampaniach takich marek jak Prada czy Dior. Nam dała się poznać trochę od innej strony.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z Warszawą?

Marta Dyks: Przyjechałam na studia z filologii polskiej. W Warszawie jestem już 9 lat. Tutaj czuje się zupełnie co innego niż w moim rodzinnym mieście – Bydgoszczy.

Opowiedz coś o „młodzieńczych” czasach.

Urodziłam się w Bydgoszczy, ale w wieku sześciu lat wyprowadziliśmy się do niewielkiej miejscowości. To tam przeżyłam okres podstawówki i gimnazjum. Rodzice uznali, że nie będą nas wychowywać w mieście. Zaczerpnęłam tam prawdziwego sielskiego życia plus usamodzielniłam się. Sama się przyprowadzałam i odprowadzałam do szkoły, a swoją siostrę do przedszkola. Robiłam też jej śniadania. Rodzice oczywiście mieli przygotowaną całą logistykę – nawet takie małe przyklejane karteczki, na których pisali, co i jak robić (śmiech). Takie wczesne usamodzielnienie bardzo mi pomogło w dorosłym życiu, dzięki temu nie zaznałam takiego szoku po przeprowadzce do Warszawy. Rodzice zawsze dbali o nasze obycie, otwartość. Nie miałam w głowie pytań „Boże, co ja teraz zrobię? Jak ja się tutaj odnajdę?”. Nie odczułam w ogóle tej zmiany. To nie była sytuacja, że przeprowadza się dziewczyna z małego miasteczka do wielkiego świata, bo jego już miałam sporo zjeżdżonego z rodzicami.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że Twoi rodzice bardzo Ciebie wspierali w modelingu…

Może nie tyle wspierali i pociągnęli do tego, co nie przeszkadzali mi w samorealizacji. Ja zawsze byłam takim dzieckiem, które było żywo wszystkim zaaferowane. Nawet tym co mnie jakoś głęboko nie interesowało. Zawsze chciałam spróbować wszystkiego. Pojechać to tu, to tam. Takim sposobem chodziłam na różne zajęcia dodatkowe – od plastyki po taniec. Często też brałam udział w pracach społecznych. I właśnie ten modeling był trochę na zasadzie „a dobra, spróbuję, zobaczymy jak to działa”.

Wtedy nie traktowałaś tego jako pracy?

W żadnym wypadku! W tamtym okresie było to dla mnie kolejne wyzwanie. Nie marzyłam w ogóle o tym, że będę modelką z prawdziwego zdarzenia. Ale szczerze? Spróbowałam i… nie spodobało mi się wszystko to, co łączyło się z tą pracą.

Jak to?

Tutaj zaczęły się moje koleiny. W modelingu jestem już 12 lat. Ale tak na serio to można powiedzieć, że od 2012 roku. Wcześniej było to na zasadzie pracy dorywczej. Byłam w agencji, odchodziłam, jedna sesja się trafiła, potem długo nic. I tak nie traktowałam tego jeszcze w kategorii zawodu i pracy na pełny etat. Zawsze było coś ważniejszego. Szkoła chociażby. Zdałam sobie sprawę, że w tej pracy wymaga się ode mnie, żeby zostawić swój nastoletni świat – zaczynając miałam 16 lat – i wejść już trochę w buty dorosłych ludzi. No bo jednak trzeba trochę podróżować, mieć indywidualny tok nauczania, dzielić wszystko i wybierać, co jest ważne. Nie chciałam zostawiać rodziny i znajomych.

Jak na Twoje wyjazdy i świat modelek reagowali znajomi?

Nikt nie wiedział. W szkole totalnie o tym nie mówiłam. Wręcz trochę to ukrywałam. Bardzo nie chciałam być postrzegana, jako stereotypowa modelka. A umówmy się – ludzie bardzo często operują stereotypami. Nie chwaliłam się tym i czułam nawet obciach.

fot. materiały prasowe Ryłko

Obciach!?

Tak. Zawsze ceniłam sobie wiedzę, intelekt i edukację. I też do takich szkół chodziłam. Tam gdzie intelekt i Twoja wiedza była na pierwszym miejscu. A jaki jest stereotyp o modelkach? Sam dobrze wiesz… Nie chciałam wplątywać się w jakieś dyskusje, tłumaczenia. Na początku też nie byłam tak pewna siebie, jak dzisiaj, żeby powiedzieć „tak, robię to co robię i jest ok”. Na moje nieszczęście ktoś mnie zobaczył w… Bravo Girl. Moja mama do dzisiaj ma ten numer. Ja się czułam tak niekomfortowo. Jednak tak szybko jak zrobiła się afera, ja ucięłam temat. Dopiero po maturze się wszystko „wysypało”. Jak tylko zdałam ostatni egzamin, wyleciałam do Mediolanu. I nie dało się już tego ukryć. No bo co mogłam tam robić 2-3 miesiące?

Jak Ci się podobało w Mediolanie? To był Twój pierwszy poważny kontrakt.

Było bardzo dobrze! Poznałam moja przyjaciółkę, z którą przyjaźnię się po dziś dzień! Miałam tam castingi, prace, sesje. Jak to modelka. Trzy miesiące pracy, ale i pięknej pogody i wspomnień. Jednak nie była to prawdziwa „szkoła życia modelki”. W trakcie studiów robiłam już tygodnie mody, ale to nigdy nie było w pełni. Ciągle to wszystko było z doskoku i nie na serio. Dostanie pokazu to duża sprawa i sukces, ale… dostanie się na sam casting, to już coś ważnego i wcale nie tak dostępnego dla wszystkich. Pamiętam jak cieszyłam się, gdy zgodzili się na mój udział w castingu do pokazu Viktor&Rolf. To było super uczucie. W pokazie co prawda nie poszłam, ale uznałam to i tak za duże osiągnięcie. I właśnie tak to wyglądało. Nie robiłam wszystkich miast na tygodniu mody, nie dostawałam się czy nie byłam zapraszana na castingi. Inwestowałam swoje pieniądze i widziałam, że to tak średnio się opłaca.

W wywiadach podkreślasz, że modelka powinna mieć określone warunki pracy. Czytałem, że jesteś pierwszą, która zawsze ma pewne oczekiwania co do np. mieszkania czy hotelu.

Odkąd jestem na poważnie w tym zawodzie, uważam, że powinniśmy traktować się profesjonalnie. Ja wiem, że pracuję i utrzymuję się w branży bo przychodzę na sesję wypoczęta i nie pozwolę sobie na spanie w pokoju z 16-latkami, które wracają rozkrzyczane z nocnej imprezy. Umówmy się, że one nie traktują tej pracy poważnie, a w kategorii przygody, bo udało im się wyrwać z domu. Oczywiście generalizuję, bo jest masa świetnych, pracowitych i odpowiedzialnych młodych dziewczyn. W wielu wywiadach słyszę, że „to jest super przygoda”, ale jest ona wynikiem Twojej pracy, a nie na odwrót.

Pewnie niektórzy zarzucą Ci, że teraz jako top modelka „gwiazdorzysz” i narobiłaś sobie listę wymagań…

Dla mnie to nie jest gwiazdorzenie. To raczej oczekiwanie minimalizmu jakichkolwiek warunków. Ja nie oczekuję najdroższego hotelu.

Modelka musi być trochę egoistką?

Trochę tak. Bo nikt nie zadba o mnie lepiej niż ja sama. Mamy co prawda swoich agentów. Jednak oni mają pod sobą 20, a czasem nawet 30 dziewczyn. Nie są w stanie zaopiekować się każdą z nas na 100% i w każdej sytuacji. Tu nie chodzi o taki zły egoizm, że będziemy tupać nogą, a o zadbanie o siebie i myślenie o sobie, bo jeśli traktujesz pewne rzeczy poważnie, to trzeba to sobie przekalkulować.

Wróćmy do wybiegów. Nie zobaczymy Ciebie na polskich pokazach…

Już nie. Ale kiedyś chodziłam. Jak jeszcze nie wyjeżdżałam za granicę, to w ramach dorabiania sobie do kieszonkowego podczas studiów zdarzały mi się wyjścia na wybieg dla polskich projektantów.

Ale jak to jest? Nie chcesz chodzić w Polsce?

To kwestia dostępności. Jeśli jestem mogę zasiąść na widowni, ponieważ w razie czego swoją nieobecnością nikogo nie zawiodę czy nie popsuję planów, ale nie mogę zagwarantować wzięcia udziału w pokazie, ponieważ na kilka godzin przed pokazem może się okazać, że muszę wsiąść w samolot i lecieć tam, gdzie mam zobowiązania.

Jak wspominasz swój fashion week?

Bieganie, niedojadane, ciągle w pośpiechu. Ciągłe przemieszczanie się z jednego miejsca do drugiego. Czasem byłam w takim kłopocie, że miałam być w dwóch miejscach w tym samym czasie. Twój kalendarz jest wypełniony po brzegi. I to Twój problem jak to ogarniesz. Tu przymiarki, tam casting i jeździj tak po mieście, którego nie znasz. Wiąże się z tym śmieszna anegdota.W Londynie podałam zły kod dzielnicy. No bo skąd wiesz, że w mieście jest 6 ulic, które tak samo się nazywają, ale mają inne cyfry na końcu i są… dwie godziny drogi od siebie?

Ale miałaś takie przeświadczenie, że „co ja teraz zrobię?”

W życiu. Trzeba działać. Dziewczynka która jest roztrzepana nie poradzi sobie w tym świecie. Nic to jej nie da. Owszem. Miałam chwile załamania i mówiłam sobie, że nie mam już na to siły, ale to jest tak, że kiedy przychodzi kryzys popłaczemy, popłaczemy i mówimy sobie „Hej, nikt tego za nas nie zrobi”. Dziewczyny które nie mają w sobie zaradności nie poradzą sobie w świecie modelingu.

Kręci Cię takie tempo fashion week-a?

Teraz już bym nie chciała. Zawsze po tygodniu mody byłam chora. Wiesz jak to jest. Spinasz się przed samymi pokazami, dajesz z siebie 200% normy, a potem to wszystko schodzi. Na prawdę. Po każdym tygodniu mody odchorowywałam solidnie. Słyszy się, że dziewczyny na tych wybiegach wyglądają źle. Ale no jak my mamy wyglądać, jak latamy z pokazu na pokaz, z miejsca do miejsca i nie mamy czasu nawet zjeść? Nie wszystko da się ukryć super podkładem. To niestety nie jest tak, że siadasz sobie w pierwszym rzędzie, a za kulisami nic się nie dzieje. Tam jest jeden wielki harmider. Jak jesteś szczęściarą to śpisz „aż” trzy godziny na dobę. Z perspektywy czasu to dobre doświadczenie, ale żyjesz na jednej walizce przez półtora miesiąca. Ale mam też wiele pozytywnych i ciepłych wspomnień, który wszystko rekompensowały.

Polska branża fashion nie jest duża. Nie sądzisz, że możesz sobie zaszkodzić wizerunkowo w Polsce nie pokazując się na tutejszych wybiegach?

Tak na prawdę propozycji chodzenia po polskich wybiegach już nie dostaję. Zdarzyło się, że raz poszłam i potem były propozycje od projektanta, że może w kolejnym sezonie też bym mogła pójść na wybiegu. Wydaje mi się, że każdy zna zasady tej gry. Kasia Sokołowska, która robi castingi do większości polskich pokazów wie, że pracują dziewczyny, które są dostępne i ich obecność nie będzie problematyczna. Nie zrozum mnie źle. Tu chodzi o to, że ja zgodzę się na pokaz, ale z założeniem, że jeśli dostanę kontrakt za granicą, to wylecę. To może stanowić duży problem dla projektanta czy reżysera. W Polsce generalnie niewiele pracuję. Sporadycznie pojawiam się w magazynach czy kampaniach. Mam mało czasu i selektywnie je wybieram.

Wynika to z tego, że jesteś postrzegana podobnie do Anji Rubik, która jak zaczęła odnosić sukces za granicą, to zrobiło się o niej głośniej w Polsce?

Taki jest fakt. Wyszło mi za granicą. Wcześniej w Polsce nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zainteresowanie w Polsce wzrosło wraz z sukcesami zagranicą. Kwestia szczęścia, przypadku, odpowiedniego charakteru i energii i spotkania odpowiedniej agencji, która w Ciebie uwierzy. To chyba jest najważniejsze. Czy ktoś w Ciebie szczerze uwierzy.

Marta Dyks
fot. materiały prasowe Dior i Dolce & Gabbana

Teraz bardziej widać Ciebie w kampaniach.

Tak. Ale taka jest kolej rzeczy wśród modelek. Kiedyś dużo chodziłam po zagranicznych wybiegach. Czy to Louis Vuitton, Dior czy Celine. Wybieg jest ważny na początku kariery. Bez niego nie doskoczysz do poziomu magazynów, kampanii, czy chociażby katalogów, które są najlepiej opłacane.

To dosyć ciekawe co mówisz. Bo każdy, kto nie zna tego od kuchni myśli, że pójście w pokazie to wielkie wyróżnienie dla modelki. Przykładem niech będzie Kaia Gerber, która bardzo wypłynęła na fali pokazów i została teraz muzą Karla Lagerfelda. To chwilowe zachłyśnięcie?

Tak to właśnie działa. Na pokazach się wypływa, ale to co najważniejsze i miejsce, do którego wszyscy dążą jest dalej. Osiągnąć to można tylko dzięki pokazom. A najlepsze jest to, że ktoś Ci powie, że jak nie chodzisz po wybiegu to znaczy, że już się skończyłaś, a Twoja kariera legła w gruzach! (śmiech). Gdy jesteś młoda, to musisz zrobić dwa, trzy sezony na wybiegu. Dopiero potem gdy siedzisz już w tej branży, masz rozpoznawalną twarz, jesteś brana do kampanii, edytorialu, katalogów. To jest normalna kolej rzeczy i kariera każdej modelki powinna iść w tą stronę. U nas w Polsce to jednak wygląda totalnie odwrotnie. Oczywiście gdyby mnie ktoś teraz zaprosił do wyjątkowego pokazu – tak jak Anthony Vacarello wziął Anję Rubik do pokazu Saint Laurent w ubiegłym roku – to ja bym chętnie poszła. Czy jak top modelki z lat 90. w pokazie Versace. I to właśnie jest nobilitujące, a nie robienie 40 pokazów w ciągu sezonu.Taka sytuacja jest nobilitująca ale dla new face. Kaia Gerber za kilka sezonów też da sobie niedługo z tym spokój.

Czyli najpierw wybieg, a potem katalogi i sesje?

Katalogi i sesje zawsze będą. I z nich jest największy dochód. To jest cel każdej modelki. I robią je na prawdę top twarze. Przecież nawet Miranda Kerr w nich występuje. Po to się robi to wszystko. Jest to praca i nie oszukujmy się, to one „dają nam chleb”. Za granicą nikt przypadkowy nie dostanie się do sesji katalogowej. Trzeba się mocno napracować, żeby tam trafić. W tym świecie trzeba odróżnić to co daje Ci zarobek, a co wynurza z wody.

Marta Dyks
fot. materiały prasowe Ryłko

Którą kampanię czy pokaz wspominasz najcieplej?

Najbardziej zapadł mi w pamięci mój pierwszy pokaz Diora. Wszystkie miałyśmy założone peruki, było bardzo dużo kwiatów. Przede wszystkim był bardzo wzruszający. Muzyka dopełniała całości. To był 2012 rok i to był pierwszy pokaz pret-a-porter pod kierownictwem Rafa Simonsa. Wychodziłyśmy z takich grot. Pięknie to wyglądało.

Mi najbardziej zapadła w pamięć kampania dla Tiffany&Co. Opowiedz coś o niej. Bardzo wzruszająca…

Piękna była. Trafiłam do niej przez casting. Nie był to taki, na który każda modelka czy aktor mógł przyjść. Wyselekcjonowali sobie osoby z którymi chcieliby się spotkać. No i na moje szczęście byłam w śród nich. Miałam wrażenie, że cała sprawa z Tiffany&Co idzie bardzo szybko. To były bodajże dwa tygodnie pracy. Mieszkałam wtedy w Nowym Jorku i z marszu zrobiłam zdjęcia. Było strasznie zimno. Pierwszy śnieg w mieście, bardzo magicznie. Wszyscy byli zmarznięci, a ja byłam do tego w krótkiej sukience i płaszczyku. Cały plan zdjęciowy był kilka przecznic od zaplecza i garderoby. Musieliśmy więc szybko się przemieszczać, a w trakcie przerwy w ujęciach chowaliśmy się w niewielkim sklepiku na SOHO. Niestety nie uczestniczyłam we wszystkich scenach. To jest też właśnie różnica, jak działa rynek u nas, a jak za granicą. Tam nagrałam swoje sceny i tyle. Później dopiero widziałam całość kampanii. Mnie też bardzo ona wzruszyła. To była też pierwsza reklama, która zwróciła uwagę, że są różne rodzaje miłości. Niezależnie od koloru skóry czy płci.

Oglądasz siebie w kampaniach?

Jestem typem perfekcjonisty w pracy, co zupełnie nie przekłada się na dom! (śmiech) Oglądam swoje wywiady czy materiały, w których się wypowiadam. Mój perfekcjonizm trochę mi w pracy przeszkadza. Dużo analizuję, co mogłam powiedzieć inaczej, lepiej, itd. Pracuję nad tym, żeby trochę zbastować z samokrytycyzmem.

Co do zdjęć to nie mam jakiejś spiny i nie muszę tego potem sprawdzać, kontrolować czy popadać w krytycyzm czy samozachwyt. Poza tym nie byłabym w stanie oglądać wszystkiego. Bardzo dużo pracuję i zwyczajnie nie jestem w stanie kontrolować efektów. Zawsze daję z siebie 100% . Niezależnie czy mam gorszy dzień z powodów zdrowotnych, czy jakichś problemów. Czasami trzeba poudawać, że jest fantastycznie. A to jest jeszcze bardziej wykańczające. No bo możemy się lubić, możemy być ze sobą szczerzy, ale nikt nie chce pracować z osobą która narzeka i marudzi na wszystko, a co gorsza psuje wszystkim dookoła humor.

Przychodzimy do tej pracy po to, żeby coś wspólnie zrobić. Ja też nie wychodzę z założenia, że mam prawo przelewać na kogoś swoje smutki, żale czy niesnaski. Nawet jak bardzo źle się czuję, to nie mówię o tym, bo nikt tego nie zmieni. Mogę to zrobić tylko ja sama. A po co mam z kolei dawać komuś sygnał, że coś jest nie tak i obdarzać kogoś złą energią? Może to dziwnie zabrzmi, ale każdą pracę traktuję tak, że może być tą ostatnią.

Jak to ostatnią? Chodzi Ci o konkurencję?

Zdaję sobie sprawę, że mogę się opatrzyć, nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić. Przecież ktoś może pomyśleć, że jestem już „przeterminowana”. Na moje miejsce może wskoczyć inna dziewczyna. Jednak fajnie jest mieć świadomość, że dzięki temu nie odlatujemy do innej galaktyki i sodówka nie uderza Ci do głowy. Trzeba mieć świadomość, że jestem tu i teraz i to jest mój czas. Może on minąć za miesiąc, a może za cztery lata. Doceniam to, co teraz mam. Chodzi o świadomość, że nie jestem niezastąpiona.

Widzisz siebie w świecie „celebrytów”?

To nie jest moja bajka. Nie jestem wielką fanką chodzenia na ścianki i imprezy. Traktuję to jako część mojej pracy, a nie jako moją pracę. Selekcjonuję eventy, chodzę na to co chcę, a nie bo muszę. Nie umiem tego robić. Nie odnajduję się na ściankach. Tutaj bym bardziej sobie zarzuciła parę rzeczy do poprawek.

A nie sądzisz, że „bywanie na dywanie” przynosi intratne kontrakty?

Ale po co mi to? Ja się czuję dobrze w takim miejscu, w którym jestem teraz. Mogłabym wyjść, chodzić na imprezy od ścianki do ścianki i na pewno pociągnęłoby to za sobą masę kontraktów. Ale to nie jest mój świat. Nie moje, że się tak wyrażę, kalosze. Są osoby, które ścianki traktują jako swego rodzaju inwestycję, która da im intratne biznesy z firmami czy projektantami.

Niektórzy uważają, że ścianka i pokazanie się na imprezie to nobilitacja.

Może dla niektórych jest to pragnienie i sens życia, ale nie dla mnie. Ja nie oceniam, ale każdy patrzy na to pod swoim kątem. Traktuję to jako spotkanie się ze znajomymi bo np. znam projektanta czy będą tam przyjaciele, z którymi dawno się nie widziałam. Nie chcę przełożyć wydarzeń i bywania nad modeling. Nie chcę być kojarzona ze ścianek, ale ze swojej pracy modelki. Poza tym na prawdę rzadko bywam w domu i jeśli już jestem to wolę spędzić ten czas z mężem, przyjaciółmi, posiedzieć w dresie, grać w planszówki czy oglądać seriale. Może gdybym miała więcej czasu to potrafiłabym wygospodarować go na imprezy. Teraz zwyczajnie muszę wybierać, a wybieram to co daje mi szczęście.

Mówiłaś o swoim gorszym samopoczuciu. Chodziło Ci o chorobę Hashsimoto?

Tłumaczyłam sobie to oczywiście zmęczeniem, ciągłą zmianą stref czasowych, ale nadszedł taki moment, że mi było ciężko wstać z łóżka. Zrobić cokolwiek. Padło słowo „depresja”. Jednak moja wewnętrzna intuicja mówiła mi, że coś jest jeszcze nie tak. Wiadomość o tym, że zdiagnozowano u mnie chorobę autoimmunologiczną, przyjęłam… ze szczęściem. W końcu znalazłam przyczynę tego, czemu ja się tak czułam. Leczyłam się na depresję u psychiatry, ale momentem przełomowym były właśnie badania, które mnie ukierunkowały na Hashimoto. Przyjmowałam leki na depresję, ale wiedziałam, że to nie jest to. Wiem, że ludzie z depresją nie mają konkretnego powodu, ale coś czułam, że to jest konsekwencja czegoś innego. I wreszcie usłyszałam diagnozę.

Z tym można sobie poradzić. Co prawda nie można tego wyleczyć, ale da się z tym żyć. Wiele dziewczyn i co raz więcej chłopaków pisze do mnie, że boi się diagnozy. Nie bójcie się. Na prawdę warto się diagnozować. Po tygodniu od przyjmowania leków poczułam się znacznie lepiej. Miałam to szczęście, że trafiłam na dobrych lekarzy, którzy potrafili to ustalić. Hashimoto to choroba, która powoduje, że organizm sam się wyniszcza. Wiele osób nie wiem, ale wpływa ona na wszystko. Słabe paznokcie czy wypadające włosy to tylko jeden procent skutków tej choroby. Ale są też znacznie poważniejsze. Jak chociażby poronienia.

Marta Dyks
fot. Materiały prasowe marki La Mania

W ubiegłym roku dostałaś Róże Gali w kategorii online. Właśnie za promowanie wiedzy na temat Hashimoto.

Bardzo się ucieszyłam z tej nagrody! Nie powiem – byłam kompletnie zaskoczona. Tym bardziej, że w tej samej kategorii była nominowana np. Maffashion, która w kategorii social mediów jest prawdziwą królową! Zauważyłam też dziwną tendencję – szczególnie w końcówce roku – jak to dziwnym trafem wyłaniają się z wody dziwne twory, które nie mają nic ważnego do powiedzenia. Umówmy się – ludzie lubią czytać pierdoły. Gdy przychodzi do poważniejszych tematów, traktują je na zasadzie spychologii. Popularni stają się ludzie, którzy nagrali jedną dziwną piosenkę albo pokazali dupę i zaraz wszyscy wiedzą kto to jest, skąd jest itd.

Ktoś powiedzmy szanowany, poważany zostaje zmieciony na boczny tor. Ja mając tego świadomość też nie liczyłam, że mam szansę w Różach Gali ze swoimi „zmyślnymi” tematami. Bo ludzi jarają się czym innym. To też jest ciekawe, że jak nie wiadomo jak kogoś przypisać w show biznesie to nazywa się kogoś modelką. Są laski, które „nagrały” kolędę i nazywa się je modelkami. Mogę im w sumie podziękować, że przyczyniły się do usunięcia mojego konta na Facebooku.

Nie chcesz być już na Facebooku?

Marta Dyks: Już nie mogłam oglądać tych bzdur. A traciłam na to sporo czasu, bo wyskakiwały mi rzeczy, których nie chciałabym oglądać, bo mnie totalnie nie interesowały. Otrzymując nagrodę mogłam sobie stanąć przed lustrem i powiedzieć „jednak warto być wierną sobie i swoim przekonaniom”. Mogłabym sprzedać trochę duszę diabłu. Na pewno by mi to dało więcej fejmu, klikania i popularności. Ale wtedy nie mogłabym żyć w zgodzie ze sobą. Ja swoich fanów mam i bardzo lubię z nimi rozmawiać na Instagramie.

Uważasz siebie za osobę z misją?

Marta Dyks: Nie wiem czy z misją, ale przede wszystkim wierną sobie. Jako, że bardzo się interesuję psychologią, uważam, że świetnie bym się sprawdziła w charytatywno-socjalnych rzeczach. Nie miałabym problemu z wyjazdem na misję do Afryki. A propos ścianek właśnie. To byłaby chyba jedyna rzecz, dla której mogłabym chodzić na wszystkie eventy. Pomoc innym.

Mogłabyś powiedzieć dzisiaj „niczego nie żałuję”?

Tak. Pomimo, że nie zawsze podejmowałam dobre decyzje i czasem moje decyzje różnie się kończyły. Były chwile złe, były załamania, ale wiem, że były po coś. Mogłam swoje życie inaczej pokierować, lecz dzięki tym dobrym i złym chwilom jestem tu gdzie jestem. Doceniam to co mam I jest mi bardzo dobrze. Z początkiem tego roku nastał jakiś taki większy spokój. Uporządkowałam sobie pewne rzeczy i jest spoko.

Jakie jest Twoje obecne marzenie? Gdzie byś się widziała za pięć lat?

Za pięć lat… w sumie mogłabym mieć już dziecko. Chęci i obowiązki byłyby zupełnie inne niż teraz. Chciałabym też skończyć kurs ceramiki drugiego stopnia na kole (maszynie do garncarstwa). Marzy mi się też wyjazd do Japonii i udział w tworzeniu takiego specjalnego naczynia do picia sake – raku. To jest cały ceremoniał. Bardzo bym chciała to zrobić. Mam nadzieję, że mi się uda jeszcze przed trzydziestką!

Rozmawiał Krzysztof Malcher