Renata Kaczoruk: „Jestem feministką 3.0”

Można Ciebie nazwać „człowiekiem orkiestrą”. Podejmowałaś się różnych wyzwań, pasji. Jedną z ostatnich był modeling.

Kiedy ktoś mnie pytał kim planuję zostać, to odpowiadałam, że nie wiem. To też nie tak, że wymyślałam sobie kolejne zawody. Po prostu rozmaite rzeczy mnie fascynowały. Nie ograniczałam siebie i swoich pasji. Wchodziłam w to co mnie interesowało na danym etapie mojego życia. Najpierw myślałam o tym, żeby zostać na uczelni. Poszerzać swoją wiedzę w dziedzinie fizyki. Być może takiej dziedziny, która by mnie interesowała, jeszcze nie wymyślono. A modeling wyszedł przypadkiem.

Dlaczego fizyka tak Ciebie pociągała?

Mój tata jest doktorem matematyki, a więc naturalnym było, że w domu nauki ścisłe były codziennie obecne. To się też wzięło z tego, jak się czułam na zajęciach z matematyki. W sumie to źle użyłam tego słowa – „zajęcia”. Dla mnie to był taki czas, w którym traciłam poczucie czasu i przestrzeni. Trochę jakby mnie ktoś wyrwał z rzeczywistości i zabrał na jakąś podróż w głąb kosmosu. Nigdy nie kosztowało mnie to zbyt dużego wysiłku.

Wspomniałaś, że „modeling to tak z przypadku” zaistniał w Twoim życiu…

Może błędnie się wyraziłam. To było coś czego nie planowałam i totalnie nie było zbieżne z moimi zainteresowaniami. W wieku 13 lat pojawiały się propozycje i ludzie, którzy chcieli mnie zaciekawić tą pracą. Razem z moją siostrą-bliźniaczką Agatą, miałyśmy naturalne warunki do tego zawodu. Wielu widziało w nas duży potencjał. Ale ja byłam wtedy typem prymuski. Szkoda mi było na to czasu. Agata też nie rwała się do udziału w sesjach. Jednak przez krótką chwilę spróbowałyśmy,. Skończyło się to naszym dużym zniesmaczeniem i poczuciem, że to kompletnie nie jest mój świat. Środowisko, z którym się ówcześnie spotkałam odpychało mnie. 

Z uwagi na Twój młody, wręcz dziecinny wiek?

Myślę, że nie. Nawet dzisiaj tamto środowisko nie nadawałoby się do współpracy. Trochę wulgarne i niegodne zaufania. Dopiero jak skończyłam siedemnaście lat i skontaktowali się ze mną ludzie z prestiżowej paryskiej agencji modelek IMG (dzisiaj reprezentują takie modelki jak Candice Swanepoel, Gigi Hadid czy Karlie Kloss – przyp. red.), zrozumiałam na czym polega ta praca. Mieli sztab właściwych ludzi, którzy są na właściwym miejscu. Od samego początku wszystko co się działo wokół mnie – każda rozmowa, zaproszenie bądź zlecenie – było na bardzo profesjonalnym poziomie. Choć i tak zachowałam czujność. Pamiętam jak strasznie pilnowałam swojego paszportu.

Jak to?

Byłam przecież nauczona, że paszportu nie wolno oddawać obcym ludziom. Wyglądałam na bardzo przestraszoną pomimo tego, że była to najbardziej renomowana agencja w mieście. Z perspektywy czasu bardzo doceniam to czego mogłam doświadczyć podczas bycia „modelką IMG”.

Jak wspominasz swoje pierwsze poważne zlecenie dla agencji?

To była bardzo prestiżowa rzecz. Pokaz haute couture w Paryżu. Miałam wrażenie, że biorę udział w czymś niezwykłym, wyjątkowym i niepowtarzalnym. Czułam się tym bardzo wyróżniona.

Uważasz, że czułaś się tam tak dzięki atmosferze?

Myślę, że tak. Nie chodzi mi tutaj o widownię. Ona bardzo mnie stresowała. Poczucie wyjątkowości wynikało z tego co działo się za kulisami. To właśnie tam kręci się całe show. Pamiętam np. malarza, który malował moją postać w trakcie przygotowań. Przepiękne były też same ubrania. Wykonane ręcznie, z olbrzymią precyzją. To była prawdziwa sztuka. Dla mnie oglądanie tego wszystkiego było swoistym „SPA dla zmysłów kulturowych”. 

Paryż, Paryżem. Co było dalej?

Kolejne miasta. Tygodnie mody. Paryż był „odskocznią” od ówczesnej szkoły. Ukrywałam to przed całą klasą i szkołą…

Ukrywałaś? Dlaczego?

W moim przypadku było to związane ze wstydem. Poczucie, że większość osób, modeling może kojarzyć z tym z czym sama kojarzyłam ten zawód zanim go lepiej poznałam. Nie wydawało mi się to powodem do dumy. Tym bardziej, że szkoła, do której chodziłam była bardzo rygorystyczna i wymagająca. Wciąż jest to jedna z trzech najlepszych szkół w kraju. Obawiałam się, że nie odnajdę zrozumienia w nauczycielach czy kolegach z klasy. Najbardziej bałam się, że usłyszę słowa w stylu „czym ty się dziewczyno zajmujesz, zamiast się uczyć”. Miałam wrażenie, że w naszej szkole ceni się przede wszystkim zdolności intelektualnie. Modeling się z tym nie kojarzy. 

A nie wydaje Ci się, że nie powinno się wstydzić tego? Przecież nie robisz nic wbrew sobie.

Byłam zakompleksioną nastolatką. Często miałam wrażenie, że gdy byłam w grupie czułam, że znajduje zainteresowanie tym co ja powiem, a mówiłam niewiele – tylko wtedy, gdy czułam, że naprawdę wnoszę coś wyjątkowego do dyskusji. Miałam poczucie, że łatwo mi “zniknąć” i stać się niezauważalną.

Byłam typem słuchacza. I myślę, że praca modelki kłóciła się z tym, jaki miałam charakter, spojrzenie na świat. Dopiero teraz, w tej chwili gdy z tobą rozmawiam, uświadomiłam sobie właśnie, że do tej pory tak mam, że traktuje wyjazdy za granicę jako miejsca w których kompletnie inaczej się zachowuję. Być może mam w sobie jakiegoś wewnętrznego krytyka, który chce mnie stłamsić i ograniczyć. Poza krajem czuję się totalnie swobodnie. Będąc w Kalifornii czy w Paryżu nie wstydziłam się. Czułam się kompletnie zaakceptowana, doceniania. Uważałam, że mam przestrzeń do eksperymentowania. Nie wstydziłam się swojego ciała.

Obywatelka świata?

Nie wiem, czy umiałabym to tak rozgraniczyć. Dużo mam w sobie Polski. Nie wyobrażam sobie inaczej świętować chociażby Dzień Wszystkich Świętych niż udać się na Powązki. Nasze dziedzictwo nas ubogaca. Bycie Polakiem bywa niełatwe. Czasami są to trudne historie, ale budują one w nas pokłady empatii, zrozumienia oraz swoistej wrażliwości. Społeczeństwo tak mocno tkwi w historii. Mam wrażenie, że komuś, kto chce się wyrwać z pamięci o trudnej przeszłości, ucina się skrzydła.

Walczyłaś o swoją niezależność?

Może, że walczyłam to za duże słowo. Bardziej bym powiedziała, że chciałam, a nie musiałam być niezależna. W wieku piętnastu lat byłam opiekunką na obozie żeglarskim. Brałam na siebie dużą odpowiedzialność. Wiele rzeczy działo się też poza świadomością moich rodziców.

Nie znali do końca prawdziwej Renaty?

Trochę tak. Nie zawsze im o wszystkim mówiłam. Zdarzało się, że nie wiedzieli, gdzie jestem, co i z kim robię. Chyba to sprawiło, że nie mieli też obaw, gdy wyjechałam do Paryża na zaproszenie agencji IMG. Nie sprawiałam problemów i nigdy nie robiłam rzeczy takich jak palenie, picie czy imprezowanie do późnych godzin nocnych. Nigdy nie zapaliłam papierosa.

Zapamiętałaś jakąś współpracę bądź projekt, który realizowałaś podczas swojej pracy w modelingu?

Pamiętam to do dziś i zawsze będę miała przed oczami tych ludzi, którzy robili swoje rzeczy z olbrzymią pasją. To pozwalało mi poznać też siebie. Zaskakujące było dla mnie jak ci niezwykle kreatywni ludzie – guru w swoich dziedzinach – pracowali. Ich otwartość, elastyczność, ciągłe poszukiwanie. Czasem nie można było oderwać wzroku od ich procesu twórczego.

Jednocześnie nie zamykali się na pomysły innych. Nie tworzyli wokół siebie jakiegoś muru, niedostępności czy wyższości nad kimś. Przyjmowali uwagi, sugestie. Najpiękniejsze było w tym to, że słuchając nas równolegle, zauważyć można było, że zainspirowani potrafili na bieżąco wprowadzać poprawki do swoich prac. Bez negatywnej oceny naszych pomysłów. Widzowie pokazu zobaczyć mogli tylko końcowy efekt pracy. Tylko ja widziałam jak to wszystko powstawało. To mi się najbardziej podobało.

Mówiłaś o swojej niezależności. Cenisz swoje własne zdanie?

Czy mogłabym się nazwać na przykład osobą asertywną? Staram się. Mam nadzieję, że mi to wychodzi. Ciągle nad tym pracuje, ponieważ uważam, że jest to bardzo potrzebna i cenna cecha. Powoduje ona to, że inni mogą na mnie polegać i ich nie zawiodę.

Wspierasz kobiety. Możesz nazwać siebie feministką?

Wolałabym określenie – „Feministka 3.0”. Wspieram kobiety, ponieważ mam w sobie duże poczucie niezgody na nierówności w obecnym świecie. Szczególnie w technologii, która jest najbardziej rozwijającą się dziedziną nauk. Czasami słyszymy, ile roli do spełnienia mają kobiety, że muszą wypełnić jakieś oczekiwania. Głównie te związane z opieką. Tylko dlaczego? To sprawia, że kobiety nie mają czasu na samorealizację i niepodążanie za swoimi pasjami. Niewiele kobiet trafia do obszarów zajmujących się technologią. Często ze względu na te oczekiwania tak niewiele kobiet zajmuje wysokie stanowiska czy zasiada w radach nadzorczych.

Chciałabym, żeby kobiety miały nie tylko prawa wyborcze, do pełnej ekspresji seksualnej czy wyboru partnera, ale również, żeby na każdym poziomie zawodowym miały takie same prawa i przywileje jak mężczyźni. Szczególnie we wspomnianym świecie technologii. Kobiety potrzebują wsparcia i zaplecza. Ważne są sieci kontaktów oraz networking. Takie coś zapewnia im na przykład organizacja Girls In Tech, której jestem częścią.

Technologie dzisiaj są tym obszarem nauki, który niejako popycha nasz świat do przodu. To w tym środowisku podejmowane są decyzje, o tym jak będzie wyglądał nasz świat. Jeśli chcemy mieć na niego wpływ, musimy w tym uczestniczyć. W Girls In Tech mówię też o poczuciu spełnienia i byciu sprawczym. Wyobraź sobie, jak czuje się ktoś, kto wynalazłby jakiś pomysł, z którego potem korzystałoby miliony ludzi na świecie.

Jakie realne działania mogą ukierunkować kobiety na pracę świecie technologii?

Ważne jest, żeby kobiety, które chcą się rozwijać w dziedzinie technologii miały poczucie wsparcia. Trzeba im dawać taką „przyjazna bazę” i przykłady, że da się. W Girls In Tech pokazujemy dziewczynom, że są już kobiety, które zajmują wysokie stanowiska i spełniają się w świecie technologii. To taki pierwszy bodziec w tej podróży. Potem to już od nich zależy co się dalej wydarzy. Dajemy im pakiet startowy i “know-how”. One to wykorzystują z super efektami. Uczestniczymy w panelach dyskusyjnych, konferencjach na których dzielimy się wiedzą i przekonujemy środowisko do tego, że warto inwestować w kobiety. 

Myślisz, że kluczem jest otworzenie często nieśmiałych osób? Wiesz o co chodzi – wielki świat, poważne panie manager, a tutaj pojawia się zwykła studentka, która ma jakiś pomysł na siebie, ale gorzej z realizacją.

Nie mam takiego obrazu tych dziewczyn. Wydaje mi się, że masz tutaj na myśli taki stereotyp, że np. Politechnika Warszawska to środowisko introwertycznych „nerdów”, którzy za swojego największego przyjaciela uważają komputer. To nieprawda! Choć inwestowanie w miękkie kompetencje jest też ważne.

Gdzie siebie widzisz za 20 lat?

Nie wiem. Magia chwili chyba ciągle na mnie działa. Wyobrażam sobie, że będę gdzieś funkcjonowała pomiędzy Polską, a innymi krajami. Może Kalifornia? Z nią czuję się mocno związana. Lubie jej klimat. Chciałabym być blisko obszaru, o którym rozmawialiśmy – technologii. Mieć kontakt z tym środowiskiem. To są bardzo inspirujące rzeczy. Chce się też rozwijać się w kierunku psychologii – szczególnie neuropsychologii – i przekształcanie tej wiedzy na technologię przyszłości. Co raz bardziej przekonuję się, że jest to dziedzina, w której jest jeszcze dużo do odkrycia i też może dużo zmienić na tym świecie.


Rozmawiał: Krzysztof Malcher
Zdjęcia: Anna Pabijańczyk