fot. dzięki uprzejmości Toronto International Film Festival

„Couture” z Angeliną Jolie: Kino o modzie, które zdejmuje makijaż z branży

Moda rzadko bywa w kinie potraktowana serio. Najczęściej jest tłem, dekoracją, pretekstem do ładnych kadrów. „Couture” Alice Winocour idzie pod prąd. To film, który rozgrywa się podczas Paris Fashion Week, ale nie ma ambicji bycia laurką dla branży. Wręcz przeciwnie – zagląda tam, gdzie zwykle nie sięga obiektyw: w ciszę między pokazami, w emocje, w zmęczenie, w samotność kreatywnych kobiet. A w centrum tej opowieści staje Angelina Jolie w jednej z najbardziej wyciszonych i osobistych ról w swojej karierze.

Angelina Jolie w świecie mody – ale na własnych zasadach

Jolie gra Maxine Walker, amerykańską reżyserkę, która przyjeżdża do Paryża, by nakręcić krótki film na zamówienie Paris Fashion Week. Brzmi efektownie, ale szybko okazuje się, że to tylko fasada. Maxine dowiaduje się, że choruje na raka. Ta informacja nie wybucha melodramatem – raczej cicho osiada na bohaterce, zmieniając sposób, w jaki patrzy na ludzi, pracę i własne ciało. Jolie jest tu powściągliwa, momentami wręcz surowa. I bardzo prawdziwa. To nie jest rola „gwiazdy w modowym filmie”, tylko kobiety, która nagle traci kontrolę nad narracją własnego życia.

„Couture” nie skupia się wyłącznie na jednej bohaterce. Winocour buduje film jak koronkę – z wielu delikatnych nici. Obok Maxine pojawia się Ada, młoda modelka z Sudanu Południowego, grana przez Anyier Anei. Nerwowa, niepewna, wrzucona w świat, który wymaga od niej perfekcji, ale nie daje bezpieczeństwa. Jest też Angèle, charakteryzatorka i artystka w jednym, w interpretacji Elli Rumpf. To postać z backstage’u, ta, którą wszyscy widzą, ale rzadko słuchają. Ich historie nie splatają się w klasycznym sensie – raczej rezonują ze sobą, tworząc emocjonalną mozaikę.

Najciekawsze w „Couture” jest to, czego w nim nie ma. Nie ma nachalnej estetyzacji. Nie ma fetyszyzowania ubrań. Moda jest obecna, ale bardziej jako środowisko pracy niż obiekt pożądania. Pokazy, przymiarki, nerwy, czekanie – wszystko pokazane z dystansem. Winocour zdaje się mówić wprost: piękno tej branży istnieje, ale kosztuje więcej, niż chcemy przyznać. I nie zawsze płacą za nie ci, którzy są na okładkach.

Kino o kobiecej solidarności

„Couture” to film o kobietach, które – często nieświadomie – dają sobie nawzajem wsparcie. Bez wielkich deklaracji. Bez feministycznych sloganów. Raczej spojrzeniem, obecnością, wspólną ciszą. To bardzo francuskie w tonie i bardzo aktualne w przekazie. W świecie, który każe być ciągle produktywnym, Winocour pozwala swoim bohaterkom być kruchymi, zmęczonymi, zagubionymi.

Po premierze na Toronto International Film Festival „Couture” zaczęto traktować nie tylko jako „film z Angeliną Jolie”, ale jako jeden z ciekawszych głosów o kondycji współczesnej kreatywności. To kino, które nie szuka łatwych emocji. Nie próbuje się podobać za wszelką cenę. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo.

„Couture” to nie film o modzie. To film o tym, co dzieje się z ludźmi, gdy gasną światła pokazów. I może właśnie dlatego jest tak potrzebny.