Ostatnio wpadła mi w słuchawki audycja radiowa Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Padło tam słowo, które idealnie opisuje ducha czasu: przeterapeutyzowanie. I trudno się z nim nie zgodzić. Język terapii wyszedł z gabinetów specjalistów, rozgościł się w popkulturze i zadomowił w social mediach na dobre.
Dziś wszystko jest „traumą”, każdy ma „trigger”, każda niewygodna relacja kończy się diagnozą, a zwykłe zmęczenie życiem bywa mylone z depresją. Pytanie nie brzmi już, czy warto mówić o emocjach. Pytanie brzmi: czy terapeutyzacja języka i kultury nie poszła po prostu… o jeden most za daleko?
W tym miejscu pojawia się też wspomniana w audycji pop-psychologia. Uproszczona, instagramowa wersja wiedzy o ludzkiej psychice. Podana w formie chwytliwych haseł, karuzel, reelsów. Bez kontekstu, bez odpowiedzialności, za to z ogromną siłą oddziaływania. Pop-psychologia nie uczy myślenia, tylko etykietowania. Nie prowadzi do pracy nad sobą, tylko do szybkich wniosków. Daje złudne poczucie kontroli i jeszcze bardziej złudne przekonanie, że każdy problem da się nazwać jednym słowem i zamknąć w jednym poście. A to bywa niebezpieczne. Zwłaszcza wtedy, gdy social media zaczynają pełnić funkcję, do której nigdy nie były stworzonej: terapii.
Social media to scena, nie gabinet
Bo social media nie są terapią. Są sceną. I to sceną brutalnie szczerą w swoich zasadach.
Jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy ktoś miał kryzys, szedł do przyjaciela, do baru, na długi spacer albo do terapeuty. Albo po prostu znikał na chwilę z radarów. Dziś pierwszym odruchem bywa Instagram. Albo TikTok. Albo Stories wrzucone późno w nocy, najlepiej z czarnym tłem i białym napisem w stylu „nie jest mi łatwo”. I jasne – każdy ma prawo mówić o swoich emocjach. Sam w to kiedyś wpadałem. Problem zaczyna się wtedy, gdy social media przestają być kanałem komunikacji, a zaczynają być substytutem realnej pracy nad sobą.
Dla mnie terapia opiera się na relacji, czasie, zaufaniu i konsekwencji. Social media opierają się na reakcji. Szybkiej, powierzchownej, często automatycznej. Serduszko. Płacząca emotka. „Trzymaj się”. „Jesteś silny”. „Będzie dobrze”. To miłe, ale to emocjonalny pastisz i proteza. Daje chwilową ulgę, poczucie bycia zauważonym, ale nie prowadzi do żadnej zmiany. Co gorsza… potrafi uzależniać.
Mechanizm jest prosty. Publikujesz coś osobistego, dostajesz reakcje, czujesz ulgę, wspólnotę, że „nie jestem jedyny, są tacy jak ja” Następnym razem musisz powiedzieć więcej. Ostrzej. Intymniej. Bo algorytm nie nagradza półsłówek. Algorytm kocha dramat, wyznania i emocje podane bez filtra. Im bardziej się odsłonisz, tym większy zasięg. Granica między prywatnym a publicznym zaczyna się zacierać. Wszystko staje się treścią. Nawet kryzys, lęk, a nawet rozpad związku czy śmierć bliskiej osoby.
I tu pojawia się pierwszy poważny problem. Gdy emocje stają się walutą, zaczynasz nimi handlować. Czasem nieświadomie. Czasem w dobrej wierze, a czasami w sposób bardzo pokrętny i poddający dyskusji o jego „legalność”. Nie trudno znaleźć osoby, które swoją markę osobistą zbudowały na emocjach. Ale efekt jest ten sam. Coraz trudniej wrócić do ciszy, do pracy nad sobą bez widowni. Terapia bez lajków zaczyna wydawać się mniej realna. Mniej skuteczna. A to już bardzo niebezpieczny moment.
Drugi problem to iluzja wsparcia. Tysiąc osób napisze „jestem z tobą”, ale żadna nie przyjdzie, gdy naprawdę będzie źle. Internetowa empatia jest masowa, ale płytka i często po prostu nieszczera. Działa do momentu, aż pojawi się nowy temat, nowa historia, nowy kryzys u kogoś innego. Wtedy zostajesz sam. Z tym samym problemem, tylko bardziej obnażonym. I często z poczuciem wstydu, że powiedziało się za dużo.
Pop-psychologia, autodiagnozy i performans wrażliwości
Najbardziej niepokojące jest to, że social media uczą performatywnego przeżywania emocji. Nie czujesz smutku – pokazujesz smutek. Nie przeżywasz kryzysu – komunikujesz kryzys w estetycznej formie. Dobre światło. Przemyślany kadr. Odpowiednia czcionka. Nawet cierpienie musi wyglądać „dobrze”. A jeśli nie generuje reakcji, pojawia się frustracja. Bo skoro nikt nie reaguje, to może mój ból nie jest wystarczająco ważny. Co więcej – rola „ofiary” często jest zaplanowana i zbudowana na potrzeby… promowania siebie. To widać.
I w tym momencie terapia zamienia się w konkurs. Na autentyczność, która paradoksalnie przestaje być autentyczna.
Pop-psychologia tylko dolewa do tego oliwy do ognia. Hasła w stylu „odetnij toksycznych ludzi”, „jeśli coś cię triggeruje, to nie twoja odpowiedzialność” czy „twoje emocje są zawsze ważne” brzmią dobrze, ale w oderwaniu od kontekstu potrafią być po prostu szkodliwe. Życie nie jest serią prostych decyzji i czarno-białych schematów. Relacje bywają trudne, ludzie bywają niewygodni, a dyskomfort nie zawsze oznacza traumę. Czasem oznacza rozwój. Albo… zwykłą odpowiedzialność.
Coraz częściej obserwujemy też modę na autodiagnozę. ADHD, borderline, trauma, narcyzm – pojęcia, które jeszcze niedawno funkcjonowały głównie w języku specjalistów, dziś są elementem opisów profili. Gdy jednak zapytasz kogoś o to czy np. faktycznie to zbadał, był na testach – dostajesz rękawicom w twarz. Bo jak możesz podważać czyjeś zaburzenia/chorobę? Jak w ogóle śmiesz wątpić? Jednak świadomość to jedno. Chaos informacyjny to drugie. Algorytm nie odróżnia rzetelnej wiedzy od osobistych interpretacji. A osoba, która naprawdę szuka i potrzebuje rzetelnej pomocy, dostaje mieszankę cudzych historii, uproszczeń i emocjonalnych projekcji. To nie jest wsparcie. To jest informacyjny szum.
Cisza, która naprawdę leczy
I tu dochodzimy do momentu tytułowego. Do tej słynnej „ręki w nocniku”.
Bo im dłużej traktujesz social media jak terapię, tym trudniej przyznać, że to nie działa. Że mimo setek reakcji nadal jest źle. Że potrzebujesz realnej rozmowy, realnego procesu, a nie kolejnego posta o tym jak to „10 rzeczy, które już nigdy nie zrobię” albo „odetnij się od toksyka – jak to zrobić?”. Najgorzej jest wtedy, gdy zbudowałeś wokół swojej wrażliwości wizerunek. Gdy publiczność oczekuje kolejnych zwierzeń, kolejnych emocjonalnych update’ów. Jak się z tego wycofać bez poczucia, że zawiodłeś odbiorców? Jak w ogóle śmiesz nie mieć żadnego kryzysu?
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się zaskakująco rzadko. Internet nie zapomina. Terapia ma poufność i bezpieczeństwo. Social media jej nie mają. To, co dziś wydaje się oczyszczające, za rok może być ciężarem. Screeny, cytaty wyrwane z kontekstu, ciężkie historie powracające w najmniej odpowiednim momencie. Emocjonalne decyzje publikacyjne mają długie konsekwencje. Także zawodowe. Nigdy nie wiesz czy nie trafisz na kogoś o kim tak bardzo lamentowałeś w tym jednym Stories, a ta osoba to zobaczyła, że zamiast z nią pogadać na żywo to wylewasz – jak mawiał klasyk – „gdzieś po ścianach”.
I wreszcie kwestia odpowiedzialności. Terapeuta ją bierze. Instagram – nie. Odbiorcy – tym bardziej nie. Często sami są w kryzysie, często reagują z własnego miejsca bólu. To emocjonalny ping-pong, który zamiast porządkować, potrafi tylko pogłębić chaos i doprowadzić do kołowrotka.
Dlaczego więc tak wiele osób idzie tą drogą? Bo to łatwiejsze. Szybsze. Natychmiastowe. Bo daje iluzję bycia wysłuchanym bez konieczności konfrontacji z samym sobą. Bo terapia boli, wymaga czasu, konsekwencji i odwagi. A social media oferują skrót. Tyle że te skróty bardzo często prowadzą donikąd i często są też podszyte… zwykłym biznesem. Co jest już wyrachowane.
Nie chodzi o to, żeby milczeć i udawać, że wszystko jest w porządku. Chodzi o świadomość medium. O rozróżnienie między mówieniem o emocjach a robieniem z nich publicznego spektaklu. O zadanie sobie prostego pytania: „czy to, co publikuję, realnie mi pomaga, czy tylko na chwilę mnie znieczula??”
Bo jeśli odpowiedź brzmi „na chwilę”, to prędzej czy później zostaniesz bez reakcji, bez wsparcia i z tym samym problemem co wcześniej. Tylko bardziej zmęczony. Bez filtra. Bez zasięgu. I bez planu, co dalej.
A social media? One już będą zajęte kolejną historią.


