fot. dzięki uprzejmości A24

Kiedy pop zaczyna ciążyć: Charli XCX i „The Moment”

Charli XCX nigdy nie była artystką, która lubi wygodne narracje. Jej kariera to ciągłe wchodzenie w momenty, w których pop powinien się rozsypać — i często faktycznie się rozsypywał. „The Moment”, film, który trafi do kin w styczniu 2026 roku, nie jest więc nagłym zwrotem ani kaprysem gwiazdy znudzonej muzyką. To kolejny etap tej samej historii: walki o kontrolę nad własnym wizerunkiem, tempem pracy i prawem do zmęczenia.

Film opowiada o wschodzącej gwieździe pop przygotowującej się do pierwszej trasy stadionowej. Punkt wyjścia prosty, wręcz banalny. Ale to tylko rama. W środku dostajemy opowieść o tym, jak bardzo przemysł rozrywkowy nie toleruje zawieszenia, wątpliwości i ciszy. Tu wszystko musi się zgadzać: forma, komunikat, emocja. Nawet kryzys musi być „dobrze opowiedziany”.

Zanim był film, były pęknięcia

Żeby zrozumieć, dlaczego film Charli XCX jest dziś tematem, trzeba cofnąć się kilka lat. Charli zaczynała jako klasyczny produkt popowy. Współprace z Icona Pop czy Iggy Azaleą dawały jej rozpoznawalność, ale też szybko ustawiły ją w roli „tej od refrenu”. I już wtedy zaczęły się pierwsze tarcia. Album Sucker z 2014 roku, wypchany gitarowym popem, był sukcesem komercyjnym, ale artystycznie okazał się ślepą uliczką. Sama Charli po latach mówiła o nim bez sentymentu.

Prawdziwy zwrot przyszedł później, wraz z wejściem w świat PC Music i współpracą z A.G. Cookiem. albumy „Pop 2” i „Charli” były próbą zbudowania nowego języka popu — bardziej cyfrowego, poszarpanego, mniej „radiowego”. Ale to też był moment, w którym artystka zaczęła funkcjonować w ciągłym napięciu między undergroundem a mainstreamem. Dwie publiczności, dwa zestawy oczekiwań, jeden organizm.

Pandemia tylko to pogłębiła. „How I’m Feeling Now” powstał w izolacji, w trybie DIY, bez wielkich struktur. I paradoksalnie właśnie wtedy Charli odzyskała coś, co w popie bywa deficytowe: sprawczość.

„Brat” jako kulturowy reset

Album Brat był momentem granicznym. Nie dlatego, że był „kontrowersyjny” czy „odważny” — te słowa niewiele już znaczą. Był ważny, bo zerwał z estetyką dopieszczonego produktu. Zielona okładka, surowe brzmienie, ironia podszyta zmęczeniem. Brat nie sprzedawał marzeń. Sprzedawał stan.

To wtedy narracja wokół Charli XCX zmieniła się radykalnie. Z artystki eksperymentującej stała się kimś, kto trafia w zbiorowe nastroje. Chaos, nadmiar bodźców, presja bycia „na czasie”. Ten album był słuchany nie tylko jako muzyka, ale jako komentarz do kultury produktywności. I dokładnie w tym miejscu pojawia się „The Moment”.

Film jako forma kontroli

„The Moment” nie jest filmem o spełnieniu marzeń. Jest o systemie, który nie przewiduje pauzy. Bohaterka grana przez Charli funkcjonuje w rytmie prób, spotkań, decyzji podejmowanych ponad jej głową. Im bliżej wielkiej trasy, tym mniej przestrzeni na prywatność, a więcej na performans.

Obsada nie jest przypadkowa. Obecność Kylie Jenner, Rachel Sennott czy Mel Ottenberga działa jak lustro popkultury — każdy z nich wnosi do filmu własny medialny kontekst. Alexander Skarsgård i Rosanna Arquette dodają ciężaru i dystansu. To nie są role pisane pod fanów. To role, które mają drażnić.

Za kamerą stoi Aidan Zamiri, a zdjęcia realizuje Sean Price Williams — duet, który unika wygładzonej estetyki. Ten film nie chce być „ładny”. Chce być prawdziwy w sensie emocjonalnym, nawet jeśli to prawda niekomfortowa.

W świecie, w którym każda gwiazda musi być jednocześnie marką, terapeutą i aktywistą, „The Moment” zadaje proste pytanie: co się dzieje, kiedy nie masz już nic do sprzedania poza sobą? Charli XCX nie daje odpowiedzi.