fbpx

Majorka

alternatywnie po wyspie

Jak kojarzymy Majorkę? Jako największą wyspę z Balearów? Mniej imprezową wersję Ibizy? Miejsce wakacji Niemców, Anglików i przede wszystkim – emerytów? Otóż ta cudowna wyspa, to o wiele więcej niż widoki czy miasteczka, w których siesta może trwać cały dzień. Nie bez powodu przyjeżdżam tam od czternastu lat. Może i ciężko zachować przez to obiektywność czy skupić się na ogółach, lecz na pewno łatwiej przybliżyć jej prawdziwy klimat. Dlatego – dla każdego coś dobrego: co robić tam przez miesiąc i dlaczego warto?

Palma

Jak na prawdziwych turystów przystało, podróż zaczynamy zwiedzając centrum wyspy – Palmę. To tutaj na lotnisku, czy w porcie, wszystko zaczyna się i kończy. W tym mieście faktycznie dzieje się najwięcej. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji, muzeów, galerii oraz ludzi. Miejscowych, turystów i co za tym idzie – naciągaczy. Po spacerze San Miguel, jedną z głównych ulic, można być już tym nieźle zmęczonym. Jednak przynajmniej czuć, jak miasto tętni życiem, nawet w niedzielny poranek.

W samym centrum, obowiązkowym punktem jest katedra La Seu. Przepiękny przykład średniowieczno-renesansowej budowli sakralnej, zupełnie inny niż nasze północne przykłady. Choć może w niepozornym miejscu, jest ona dosyć ważnym obiektem. Jest trzecią katedrą gotycką w Europie ze względu na wysokość nawy głównej (aż 44 m!). Posiada największą rozetę – okrągłe okno wypełnione witrażem – o średnicy 13,5 m, co daje oszałamiającą powierzchnię ponad 100 metrów kwadratowych. Przy jej przebudowie pracował sam Antonio Gaudi, którego dziełem jest stalowy baldachim z krucyfiksem nad ołtarzem. Wnętrze jest niesamowite, zdecydowanie może człowieka onieśmielić. Polecam wybranie się tam w niedzielę na krótką około półgodzinną mszę. W innym wypadku wejście jest płatne. Zawsze w tłumie ludzi.

Tuż obok znajduje się inna, również warta uwagi budowla – pałac Almudaina. Jego architektura to połączenie stylu aragońskiego z arabskim. Objawia się to fortyfikacyjnym wyglądem elewacji oraz mnogością akwenów wodnych. W połączeniu z ogrodami w pobliżu, daje to efekt wspaniałego, monumentalnego zabytku. Fascynujące jest to, jak wraz z katedrą, zamek tworzy całość, gdzie chociażby architektonicznie, chrześcijaństwo przeplata się z muzułmańskimi wpływami.

Całe stare miasto jest urokliwym miejscem, wartym chociaż spaceru. Pełno tam uliczek, zakątków w iście hiszpańskim klimacie. Na każdym kroku roi się od kawiarni i barów, jak również galerii sztuki czy muzeów – w wielu przypadkach – darmowych. Dla przykładu, na całej ulicy Can Verì, drzwi w drzwi możemy obcować ze sztuką. Choć zainteresowanym przede wszystkim polecam Fundació Pilar i Joan Miró. Całkiem spory zbiór prac artysty, jak i wielu innych młodszego pokolenia.

Jedzenie

W tej kwestii, mimo że czasy się zmieniają i istnieje wiele wystawnych miejsc z przepysznym jedzeniem, w wielu przypadkach dalej sprawdza się zasada: im bardziej obskurnie, tym lepiej. Najlepsze tapas z owoców morza w mieście zjecie w hali rybnej Mercat de l’Olivar. Zwyczajne targowisko, bar, do którego przychodzi się na 15 minut, a smak warty wszystkiego. Innym miejscem w takim klimacie – jakby nic się tam nie zmieniło od pięćdziesięciu lat – jest bar, w dosłownym tłumaczeniu: „Pod łukami”, na trasie serpentynami tuż za zjazdem do Sa Calobra. Prawdopodobnie nie znajdziecie go na mapie. Tuż za dwoma łukami na drodze, wyglądającymi jak akwedukt, przypominający barak harcerzy na Mazurach, ale wierzcie czy nie, można dostać tam najlepsze bocadillos. Może wybór nie jest za duży, smak prosty, ale to właśnie miejsce – z widokiem na północne wybrzeże, papierowymi talerzykami i starymi, plastikowymi krzesłami –  jest esencją road tripu, który trzeba tu przeżyć.

O dziwo, w kwestii zadowolenia podniebienia, warto się zgubić. Jechać lub iść prosto przed siebie. Jedne z lepszych tapas jakie jadłam, były w Sóller – Ca’n Pintxo zupełnie na uboczu, zaraz za pocztą. Nigdy bym tam nie trafiła, gdyby nie pocztówka, którą chciałam wysłać. Tak samo jest z najstarszą kawiarnią w Palmie – Ca’n Joan De S’aigo – której początki sięgają XVIII wieku. Choć teraz ma więcej lokali, pierwsza znajduje się na Can Sanç, gdzie trafić mogą tylko miejscowi lub zagubieni turyści. Zupełnie odcięte miejsce w stylu sprzed ponad dwustu lat, słynie teraz z bardzo dobrej kawy i wybornych słodkości, jak typowe dla Majorki, ensaimady. Ludzie przyjeżdżają z całej wyspy, żeby dostać je na wynos! Mówiąc o wypiekach, innym genialnym miejscem, które również serwuje świetne, jest Horno Santo Cristo w Sóller. Cudowna mała cukiernio-kawiarnia z pięknym wewnętrznym patio z małym ogrodem, wiklinowymi siedzeniami. Idealna na pierwszą randkę czy kawę z przyjaciółką.

Oczywiście, niektóre miejsca w ścisłym centrum również trzeba odwiedzić. Nie są one w niczym gorsze, od małych klimatycznych lokali na uboczu. Często po prostu zyskały więcej na lokalizacji, jak mój ukochany – Bar Central w Sóller. Założony na początku XX wieku na rynku głównym, niewiele zmienił w swoim menu od tamtych czasów. Serwowany tam Gin de Mallorca jest kolejnym punktem do odhaczenia na naszej liście.

Plaże

Jako jedna z wysp Balearów, Majorka słynie z pięknych plaż. Fascynującym jest, że każda z nich jest inna. Każde wybrzeże ma nam do zaoferowania coś innego. Zaczynając od północy, gdzie klify Formentoru miejscami przypominają nawet bardziej Irlandię niż Hiszpanię. Na przylądek bez problemu można dostać się samochodem, ale co wymaga już przejścia górskim szlakiem, ale zdecydowanie jest tego warte, to jedna z najdzikszych plaż Majorki – Coll Baix. Nie jest to super popularne miejsce wśród większości turystów, dlatego też często można poczuć się tam faktycznie jak na dzikiej plaży. Do tego położone jest blisko Alcúdii i Pollensii. Mimo że to bardzo oblegane zatoki, widoki i plaże z piaskiem niczym mąka, trzeba choć raz odwiedzić. Być może, odwiedzając po drodze Formentor.

Inne takie piaszczyste plaże to przeciwległy koniec wyspy. Mniejsze zatoki otoczone skałami, potrafią być bardzo klimatyczne, choć ciężko już o prywatność, a zwłaszcza w sezonie. Począwszy od południowego wschodu i Porto Cristo, Cala d’Or po Cala des Moro. Podobne, choć wielu najbardziej do gustu przypada ostatnie miejsce. Natomiast pierwsze warto odwiedzić raz, nie więcej, ze względu na groty prowadzące do jednego z największych podziemnych jezior. Wpływa się tam gondolami, rodem jak z Wenecji, a podziwiać można niewiarygodne, naturalne konstrukcje skalne.

Przyjemnym miejscem, choć niestety bardzo obleganym jest Es Trenc. Piękne widoki, choć nie zawsze – część plaży jest dla nudystów. Warte doświadczenia, ale jeśli krępujecie się przebywaniem w towarzystwie nagich starszych par, to miejsce nie jest dla was.

Lepiej pojechać obok do Colonii de Sant Jordi. Dziesięć lat temu, to było moje ukochane miejsce. Plaża do złudzenia przypominała Alcúdię, nurkując, pływało się z rybkami, a na plażę przychodzili przeważnie miejscowi. Obecnie zrobił się tam kurort wypoczynkowy jak wszędzie indziej. Jednak to stamtąd odpływają statki wycieczkowe na pobliską Cabrerę. Całodniowy rejs z obiadem na pokładzie, odpoczynek na wyspie o wiele czystszej wodzie a równie pięknych widokach, to typowe wakacyjne zajęcie, które z pewnością można dodać do listy.

Istnieje również mnóstwo innych rejsów z pobliskich portów do innych części wybrzeża. Na przykład z Port de Sóller do Sa Calobra. Płynąc tam, można oglądać północno wschodnie wybrzeże; jaskinie zatoczki. Na miejscu, z portu na plażę przechodzi się tunelem w środku góry, gdzie minąć się mogą jedynie dwie osoby. Zdecydowanie klaustrofobiczna rozrywka, prowadząca jednak do wielu innych jak: kajaki, nurkowanie w krystalicznie czystej wodzie, wspinaczka, skakanie z występku skalnego (zdecydowanie nieporównywalne z miejscami dozwolonymi na Formentorze) czy po prostu odpoczynku. Jednak samo miejsce przyjemnie odwiedzić ze względu na rejs. Jeśli wybieracie jazdę samochodem, zdecydowanie lepiej skręcić na rozwidleniu w Cala Tuent. Równie interesujące (jak nie bardziej!) miejsce pod względem okolicy, do którego prowadzi szlak z góry. Zajęcia można znaleźć sobie takie same przy o wiele mniejszym tłoku.

Góry

Serra de Tramuntana, czyli największe pasmo górskie Majorki, którego przedłużeniem jest przylądek Formentor. Rozciąga się w północnej części wyspy, miejscami osiągając nawet 1500 m n.p.m. Cudowne miejsce o wielu tajemnicach, okropnie krętych drogach i uroczych miasteczkach. Ciekawym jest, że mimo łączącego je położenia czy podobnych świąt, każde z nich jest inne. Położenie na różnych wysokościach zmienia wszystko.

Pierwsze wybrane przeze mnie miasto to Andratx, położone w dolnej części wyspy. Otoczone gajami oliwnymi miejsce słynęło kiedyś z fabryk mydła (aż szesnastu!). Przyjemnie zrobić tam przystanek, podczas rekreacyjnej jazdy jednośladem. W jego okolicy znajduje się rezerwat przyrody – La Trapa – skąd rozciąga się widok na pobliską wysepkę – Dragonerę. Dopłynąć do niej można z portu lub Sant Elm, byłego rybackiego miasteczka. Obecnie jest tam bardzo spokojnie, idealnie na weekendowy relaks. Co ciekawe, czasem w tych okolicach można zobaczyć delfiny!

Idąc w górę mapy, kolejne miejsce to Valldemossa, szczególne miasto dla Polaków. Dlaczego? Otóż swego czasu pomieszkiwał tam Fryderyk Chopin. Wraz z George Sand spędzili tam zimę pomiędzy 1838 a 1839 rokiem (czego owocem była jej książka „Zima na Majorce”) w klasztorze kartuzów. Obecnie udostępniony jest dla zwiedzających, a w środku znajduje się nawet małe muzeum kompozytora. Od 1930 roku w sierpniu odbywa się tam festiwal chopinowski, jednak co ciekawe, samemu Fryderykowi miejsce nie przypadło do gustu. Uskarżał się na fatalną pogodę i jedzenie. Wielka szkoda, że nie uświadczył wiosny w górach!

Tuż obok Valldemossy znajduje się Deià. Położona bliżej morza wioska na trasie wielu szlaków, to idealne miejsce na wypad pieszo lub rowerem. Swymi malowniczymi widokami z tarasów w górach wprost na wodę i wiejskim klimatem białych domków z zielonymi okiennicami, od lat w sezonie przyciąga znane nazwiska. Urlopy spędzali tam pisarz Robert Graves, modelka Anja Rubik czy dyrektor kreatywny YSL – Anthony Vaccarello. Nic dziwnego. Kto nie chciałby jadać kolacji na skale tuż nad falami rozbijającymi się o brzeg podczas zachodu słońca?

Są też miasteczka zupełnie małe, wręcz nic nie znaczące, a jednak jak już wspominałam, ich położenie zmienia wszystko. Lluc, wkomponowana w góry mieścina słynie z klasztoru. Sanktuarium zachowało swój pierwotny średniowieczny wygląd, który może niczym by się nie różnił, gdyby nie wkomponowanie go w dolinę, która dodaje mu monumentalności. To samo tyczy się Fornalutxu. Niewielkie miasteczko położone jest na zboczu gór, przez co do wielu miejsc prowadzą schody. Architekturą przypomina mi odrobinę Mdinę na Malcie i bywa równie ciche. Znajduje się dosłownie naprzeciwko najcudowniejszego miejsca świata – Sóller.

To, co najlepsze, zostawiłam na koniec. Moje ukochane miasteczko otoczone górami. Sóller. Trochę większe niż poprzednie opisywane, z pozoru może i nie tak piękne jak reszta, ale to z nim wiążę swoją historię od czternastu lat. Mam przyjemność spędzania wakacji w domku położonym na wysokości, gdzie słońce wschodzi zza gór, a zachodzi nad morzem. Z widokiem na całe miasto, otoczone gajami pomarańczowymi. Owoce stąd są jednymi z bardziej popularnych za granicą. Ich słodka odmiana idealnie nadaje się na sok czy do jedzenia, co firma Fet a Sóller wykorzystała. Importuje je oraz doskonałą oliwę na cały świat! Miasteczko utrzymane jest typowo południowym klimacie ze względu na architekturę i urbanistykę.

Nowsze budownictwo uświadczyć można na jego obrzeżach lub bliżej głównej drogi prowadzącej do tunelu. Jest on najdłuższym w Europie przejazdem we wnętrzu gór – liczy 3 kilometry! Wyżej przez nie przejeżdża pociąg do Palmy, będący teraz bardziej turystycznym. Tam właśnie znajduje się pierwszy taki przejazd, w ogóle nieporównywalny z samochodowym, ale to właśnie od niego pochodzi nazwa lokalnego likieru ziołowego – Túnel. Smakiem przypomina trochę Jägermeistera. Może to właśnie dlatego wielu Niemców spędza swoje emerytury. Oni są tu już jak zabytkowy tramwaj czy pociąg do Palmy – niezmienni. Jednak pomijając to wszystko, miasteczko urzekło mnie swoim odcięciem od świata. Bez samochodu, mimo autobusów i pociągu, można poczuć się jak w więzieniu, ale nie to mam na myśli.

Dla wielu mieszkańców to tutaj jest centrum ich świata. Perfekcyjnie funkcjonująca oddzielna społeczność, gdzie wszędzie jest blisko (nawet spacerem do portu), a klimat jest iście domowy. Choć z roku na rok się to zmienia. Przecież oni też żyją z turystyki. Mimo to, przez urzekającą, śródziemnomorską architekturę, czyste powietrze czy świeży chleb co rano z piekarni, wciąż jest moim małym miejscem na Ziemi.

Imprezy

Nijak porównywać pod tym względem Majorkę do Ibizy, lecz nawet tutaj znajdą się do tego miejsca czy okazje. Jeśli chcecie prawdziwej imprezy 24/7, to najlepsze miejsca znajdziecie w Magaluf lub El Arenal. Są to tak naprawdę dwie części wybrzeża, okalające Palmę z największymi imprezami na wyspie. Choć pierwsza kusi ostatnio ofertami dla rodzin z dziećmi, to nie polecam z tego skorzystać. Chyba, że lubicie usypiać maluchy w takt pijackich burd.

Jeśli alkohol, muzyka, taniec i zabawa do rana, są tym czego szukacie – dobrze trafiliście. Najbardziej popularną częścią Arenalu jest Ballermann. Niemcy tam naprawdę potrafią zaszaleć! Picie piwa z wiadra, muzyka przypominająca połączenie klubowej z disco polo i imprezy w basenach z pianą. Nie do opisania, do zobaczenia. Czasami wygląda to wszystko, jak najdziksza impreza z mocnego filmu. Podobne rzeczy mogą się dziać w Tito’s Mallorca International Club czy trochę spokojniejszym Social Club w Palmie. Może to przez moich przyjaciół z Frankfurtu, ale niemieccy turyści są esencją zabawy tutaj.

Oczywiście istnieją i spokojniejsze miejsca, jak bary na plaży. Jednym z nich jest ekskluzywny Nikki Beach Bar, z basenem i leżankami niczym w drugiej części „Seksu w wielkim mieście”. Piękny, drogi, przeceniony. O wiele lepiej czułam się w Roxy Beach Bar. Mały, spokojny, klimatyczny. Zdecydowanie odzwierciedla urok tej właśnie wyspy. Połączeniem ich obu jest Beach Club Gran Folies w Andratxie. Opcja idealna.

Jeśli chodzi o imprezy okazjonalne, najwięcej ich znajdziemy właśnie we wsiach w górach. Są to małe „święta ognia” organizowane na podstawie wierzeń ludowych, gdzie w jedną noc w sierpniu demony schodziły z gór do miasta, straszyły, biły kijami, etc. Wtedy ludzie zapalali pochodnie i biegali za nimi, alby je przepędzić. Z tej właśnie okazji organizowane są imprezy. Najpopularniejszą z nich jest Nit de Fog (Noc Ognia), odbywająca się co roku w Sóller w okolicach 26-stego sierpnia. Z tej okazji zjeżdżają się ludzie z całej wyspy, a nawet sławy z całego świata. Kończy się wtedy cały tydzień święta patrona – św. Bartłomieja – podczas którego co noc odbywają się koncerty muzyki na żywo, tańce na rynku przed kościołem, w dzień lokalni artyści wystawiają swoje prace, organizowane są parady z orkiestrą czy bieg do portu.

W Noc Ognia wszystko zaczyna się od przedstawienia (co roku innego) wystawianego przez amatorów. Na scenę wychodzi zespół bębniarzy. Wszyscy w maskach, poprzebierani za demony. Zapalają pochodnie. Na środek placu wystawiają figurę smoka, która przez cały tydzień stała na scenie. Aż wreszcie całe szaleństwo rozpoczyna się, kiedy to podpalają fajerwerki osadzone na smoku! Następuje cała godzina fajerwerków i sztucznych ogni odpalanych wszędzie! Deszcz iskier z latarni, spod drzew, z góry ratusza. Jeżdżą na rowerach z ogniem, straszą, zionąc nim. Tłum zakapturzonych ludzi skacze pod parasolami zimnych ogni. Tańczy w nich czy ucieka. To niesamowite uczucie! W tym roku jedna z potworów, zrobiła mi prysznic z iskier, co wyglądało, dosłownie, jakby miała mnie podpalić. W życiu nie czułam takiej adrenaliny! To moje ulubione święto w całym roku. Można poczuć się jak pięciolatek, który fajerwerki widzi pierwszy raz. I to jest właśnie najlepsze. Kiedy bawiąc się tam, czuć radość. Emocje buzują, serce bije mocniej, a my na powrót stajemy się dziećmi.  

Rozrywki

Nie wszyscy lubią leniwy wypoczynek, byczenie się na plaży. Również oprócz imprez czy zwiedzania, pozostają jeszcze inne rozrywki. Jednymi z głównych atrakcji są parki wodne, reklamowane już na lotnisku. Jest ich całkiem spory wybór: Aqualand El Arenal – największy z nich, Western Water Park – ten o ekstremalnych rozrywkach prosto z filmów czy Hidropark Alcúdia – najbardziej rodzinny. Wszystkie wspominam dobrze, choć najlepiej pierwszy z nich, w którym spędzić można zdecydowanie nie jeden dzień. Znajdzie się tam rozrywka dla każdego, a nawet przyjemnie wrócić tam po roku czy dwóch.

Innymi wodnymi rozrywkami są kajaki. Przy dobrej pogodzie, ten sposób zwiedzania wybrzeża może być najlepszy. Wypożyczenie kajaka i popłynięcie na bezludną plażę na cały dzień, czyż to nie brzmi przyjemnie? Trochę bardziej sportowe sposoby przemieszczania się po wodzie, to paddle i windsurfing. Przy pierwszym operuje się wiosłem, co wcale nie jest takie proste dla osoby niedoświadczonej, żeby utrzymać się na desce, ale przy tak przejrzystych wodach można poczuć się jak na Hawajach czy w Tajlandii. Druga opcja to klasyczne wykorzystanie wiatru, co przy niektórych tutaj, jest naprawdę świetne.

Kolejnym genialnym pomysłem jest wynajęcie łódki. W wielu portach można to zrobić bez licencji, a cena porównywalna jest z wynajęciem samochodu. Nie mówię tu o jachtach, ale łódka na kilka osób i rejs po pobliskich wysepkach? Czemu nie!

W kwestii wypożyczania, coś dla fanów adrenaliny. Jazda motocyklem po serpentynach. Pęd, zakręt, ponowne rozpędzenie. To może być niesamowita zabawa (oczywiście z głową!), ale niestety również droga. Koszt to około 200 euro za dzień plus tankowanie. Zdecydowanie przewyższa to wypożyczenie samochodu czy nawet łódki, ale zawsze zamiast Kawasaki ZX-14 pozostaje Vaspa Sprint 50. Tania, mała, idealna do przemieszczania się po całej wyspie samemu lub we dwoje.

Moim odkryciem tego roku, również z odrobiną dreszczyku, jest wspinaczka. Nie standardowe chodzenie po wyznaczonych szlakach w górach, lecz prawdziwa ścianka. Choć teren gór również jest do tego idealny, to jednak mniej przerażające wydają mi się skałki z wody, gdzie prościej się dostać. Można tu znaleźć wiele bezpiecznych lokalizacji, ale jedną, w której się zakochałam jest naturalny łuk skalny w Es Pontas, Santanyí. Nie twierdzę od razu, że jest niebezpieczny, lecz zdecydowanie bardziej ekstremalny. Wielu przyjeżdża specjalnie po to, żeby przejść cały pod spodem. Dla laika jest to niewykonalne. Pozostaje jedno z wejść z boku. Całkiem proste, nawet jak dla mnie – nowicjuszki.  

Ciekawostki

Wszystko, o czym nie wspomniałam wcześniej, a co warto wiedzieć o Majorce:

  • Nazwa wyspy pochodzi od łacińskiego: „insula maior”, czyli „większa wyspa”, ponieważ jest największą z Balearów.
  • Język, jakim posługują się mieszkańcy wyspy, to mallorquín, brzmiący trochę jak rosyjski hiszpański.
  • Rafael Nadal pochodzi z Manacoru, pięknego, zabytkowego miasta, idealnego do zdjęć na Instagrama, gdzie również znajduje się jego muzeum.
  • Wypożyczenie samochodu na kilka osób wychodzi taniej niż codzienne przemieszczanie się autobusami czy pociągami.
  • Najwięcej słynnych molinos (wiatraki) z teledysku Loft – „Mallorca” można zobaczyć, jadąc z lotniska drogą w głąb wyspy.
  • Dziadek Joana Miró był z Sóller, przez co artysta tak chętnie odwiedzał Majorkę w późniejszych latach. Kilka razy przyjechał do niego również Pablo Picasso. Dlatego w wielu nawet małych miasteczkach, są ich galerie. W Sóller znajduje się jedna z nich… na dworcu kolejowym – trzy sale poświęcone Miró, jedna Picassa.
  • W Palmie mieszka prawie połowa ludności wyspy.
  • Jednym z tradycyjnych przysmaków jest kiełbasa sobrasada.
  • Najwyższym szczytem Serra de Tramuntana i jednocześnie całych Balearów, jest Puig Major o wysokości 1445 m n.p.m.

Majorka to magiczne miejsce. Można znaleźć tam wszystko; góry, morze, jeziora, doliny i wiele innych. Każda jej część, zaskakuje czym innym. W kwestii wakacyjnej, to bardzo praktyczne – dla każdego, coś dobrego – jednak ta wyspa potrafi oczarować o każdej porze roku.

Nie wiem, w czym tkwi sekret. Wiekowej historii? Ogromie natury, ledwie tkniętej przez człowieka? Sentymencie, jaki sama do niej posiadam? Naprawdę, nie wiem, ale życzę każdemu, aby dał się zaczarować, bo to jest właśnie miejsce, do którego chce się wracać.

przeczytaj też
Tu chce się odpoczywać…