fot. Mattel/materiały prasowe

Lalka Barbie

Historia kobiety idealnej

Perfekcyjne wymiary, nieskazitelny uśmiech, złote włosy pełne blasku. Lalka Barbie. Choć ma już 62 lata, ponad 180 profesji, a nawet 40 różnych narodowości, dalej cieszy się ogromną popularnością. Każdy na świecie ją zna. Nie każdy jednak wie, że tę popkulturową ikonę zawdzięczamy… niemieckiemu komiksowi dla dorosłych?

Lilli, bo tak właśnie nazywała się bohaterka, której zawdzięczamy cudowne olśnienie Ruth Handler, twórczyni Barbie, to dziewczyna do towarzystwa. W Niemczech lat 30. niezwykłą popularnością cieszył się komiks dla panów z nią w roli głównej. Lilli odnosiła takie sukcesy, że nawet na początku lat 50. stworzono jej lalkę, która również nieźle się sprzedawała. Ochoczo zakupiła ją także, choć w zupełnie innym celu, wspomniana wyżej Ruth, podczas wakacji w Szwajcarii w 1956 r. Czyżby więc słynna Barbie była tylko kolejną rzeczą ściągniętą do Ameryki z Europy?

Wielka wizjonerka

Może lepiej wróćmy do postaci samej Ruth Handler, matki Barbie. Od początku założenia firmy Mattel przez Harolda „Matta” Matsona i jej męża, Elliota Handlera, to ona była prezeską. Panowie zajmowali się artystycznymi wizjami wyśnionych zabawek dla dzieci, podczas gdy pani Handler była prawdziwym mózgiem operacji. Przyglądając się zabawom swojej córki Barbary, której imieniem nazwała naszą bohaterkę, Ruth zobaczyła pewną „lukę” w biznesie, którą postanowiła wypełnić.

Mianowicie, ówcześnie dziewczynki nie miały za dużego wyboru zabawek. Bawiły się lalkami bobasami, a do ewentualnych przebieranek służyły papierowe wycinanki. Widząc zainteresowanie córki modą i ubraniami, Ruth wpadła na pomysł stworzenia lalki kobiety, swoistej wycinanki 3D, która dałaby jej dziecku lepsze możliwości zabawy. Przywiozła nawet jej pierwowzór z wakacji, aby przedstawić go w firmie.

Wzloty i upadki

Chociaż Barbie to szykowna dziewczyna, a nie pani do towarzystwa jak Lilli, ten pomysł nie wydawał się tak różowy, jak jawi się dzisiaj. Nawet Elliot był sceptyczny. Mówiono, że żadna matka nie kupi swojemu dziecku lalki z piersiami. Handler, mimo wszystko, postanowiła się nie poddawać. Przedstawiła swój pomysł Jackowi Ryanowi, jednemu z projektantów zabawek Mattel. Pokochał go. Ten projekt pozwolił mu na wykorzystanie swojej wiedzy inżynierskiej (to dzięki niemu w 1969 r. Barbie zyskała zginany staw kolanowy) i stworzeniu czegoś naprawdę nowatorskiego. Od tamtej pory Barbie miała już oboje rodziców – Ruth i Jacka – oraz świetlaną przyszłość przed sobą.

Nie oznacza to, że wszystko zaczęło iść jak po maśle. Brak przychylności zarządu niestety nie był jedynym problemem na drodze twórców. Już w fazie projektowej pojawiło się zagadnienie wymiarów Barbie, któremu do tej pory wielu zarzuca wpojenie nam nierealnych standardów, a nawet podaje za przyczynę zaburzeń odżywiania u młodych dziewcząt.  Tłumaczenie, iż nie takie było ich założenie, zapewne nic nie wskóra, jednak… nie takie było ich założenie. Barbie nigdy nie była prawdziwą kobietą i nigdy nią być nie miała. Chociaż pierwszy prototyp wyprodukowany w Japonii przysłali z sutkami. Na szczęście szybko się ich pozbyto, bo Barbie to tylko lalka. Jej wygląd miał podlegać wyłącznie wymaganiom dotyczącym lalki.

Wydłużona szyja, wąska talia, długie nogi to zabiegi służące lepszej prezencji ubrań. Barbie to modelka. Tak samo jak jej pierwsza stylistka – Charlotte Johnson. Nasza blond piękność zawdzięcza jej nie tylko projekty, które później ręcznie szyto w Japonii. Zawdzięcza jej również dłonie. Ich delikatne ułożenie, upozowanie z gracją prawdziwej damy – to właśnie gesty samej Charlotte, których nie zmieniono po dziś dzień.

Sceptyczne matki

Wydawać by się mogło, ze gdy tylko lalki ujrzały światło dzienne na targach w 1958 r., wszystkie problemy miały już za sobą. Nic bardziej mylnego. Stanęły wtedy oko w oko z największym krytykiem – dziećmi. A raczej ich matkami. Nagle urzeczywistniły się słowa Elliota Handlera. Żadna matka nie kupi swojemu dziecku lalki z piersiami. Jej blond włosy, długie nogi, kusicielskie spojrzenie. Obawa nie tkwiła w deprawacji dziewczynek, a raczej jak na to spojrzą tatusiowie. Która przejmowałaby się córką, kiedy sama mogłaby stracić w oczach męża?

I faktycznie. O męża się tu rozchodziło. Mimo sceptyczności kobiet, dziewczynki dalej pragnęły Barbie, a Barbie pragnęła ich. Spece od reklamy Mattel zadali ostateczny cios wątpliwościom rodzicielek, prezentując lalkę jako pannę młodą. To był koniec lat 50. Najlepszym, co mogło przytrafić się dziewczynie, było dobre zamążpójście. Jak do tego prosto doprowadzić? „Mamo, mamo, chcę być jak Barbie!” – i odpowiedź mamy jak na tacy: chcę być zadbana, piękna, stylowa. Wtedy mamy zapragnęły, by ich córki były jak Barbie.    

Ociepleniu wizerunku zjawiskowej kusicielki z pewnością pomogło stworzenie jej partnera. Dwa lata po Barbie powstał Ken, również zawdzięczający swoje imię dziecku Ruth Handler. Nowy przystojniak, więcej lalek w sprzedaży. To napędzało machinę. Jednak by ten system działał, to Barbie dalej musiała być gwiazdą. Barbie i Ken jako mąż i żona? To nie mogło się wydarzyć! Od tamtej pory żyli razem, ale osobno, a Barbie zaczęła swoją wielką karierę.

„Kobiety mogą wszystko”

Już w latach 60. zyskała nowe zawody. Nauczycielka, tenisistka, a nawet astronautka. Barbie ewoluowała z duchem czasu, a razem z nim – jej twarz. Miała kilka operacji plastycznych i zmian makijażu w zgodzie z panującą modą. Coraz nowsze prace czy wcielenia takie jak: Super Star Barbie, Totally Hair Barbie albo słynna Malibu Barbie. Wszystko zgodnie z hasłem: „Kobiety mogą wszystko”, na którym zbudowano markę. Począwszy od Ruth Handler, kobiety Mattel jak projektantki, Charlotte Johnson i Carol Spencer, czy dyrektor generalny, Jill Barad, wiedziały, co robią. Dawały przykład dziewczynkom.

„Możesz wyglądać, jak chcesz. Możesz robić, co chcesz. Możesz być, kim chcesz.”

To one stworzyły te hasła, stworzyły Barbie. To one były Barbie – lalką, która ukształtowała miliony. Może następnym razem przechodząc obok niej w sklepie, zamiast myśleć o nierealnych standardach lub zaburzeniach odżywiania, spojrzymy wstecz i zobaczymy jaką wiarę w siłę nam dała.

zastępca redaktora naczelnego