Joanna Wirażka

"Wiele marek nas okłamuje"

Osobiście bardzo mnie irytuje, jak bardzo ludzie lubią spłaszczać dziedzinę, której się uczysz. Jak byś wytłumaczyła swoją pracę komuś, kto zupełnie nie zna się na modzie? 

To interesujące pytanie, ale trudne w odpowiedzi. Istnieje wyraźna różnica między modą użytkową a wybiegową i nie powinno się ich mieszać ani, tym bardziej, łączyć. Dla mnie moda jest jak najbardziej sztuką. Oczywiście, niektórzy to oddzielają i nazywają ją produktem. Według mnie jest przekazaniem swojej wizji, swojego świata, tylko, że w formie czegoś, co możesz nosić i może ci towarzyszyć każdego dnia. Coś, co nosisz i sprawia, że dobrze się czujesz, czyni cię szczęśliwym. Jest to przedmiot, który może się wiązać ze wspomnieniami, więc ma też wartość sentymentalną, psychiczną. Kiedy rozmawiam z kimś, kto po prostu nie zna się na modzie, często zupełnie nie rozumie moich studiów i tego, co robię. „To jest tylko moda, wy takie dziwne rzeczy robicie”. Odpowiadam, że pomysły też muszą się skądś brać. Poza tym, wszystko zależy, o jakim sektorze mówimy. Jeśli mamy na myśli produkcję masową, to oczywiście nie ma mowy o rozwijaniu wizji. Jednak w chwili, kiedy moda staje się sztuką, mamy pełny zakres nowych możliwości. 

Młodzi projektanci biorą pod uwagę klimat i zanieczyszczone środowisko. Starają się wymyślać nowe innowacje, materiały, aby je zmienić. Moda wiąże się z wielkimi kosztami. Jeśli chce się używać dobrych materiałów, ekologicznych, trzeba zapłacić więcej. W sieciówce nie sprzedają pomysłów, ponieważ produkują w milionach sztuk i chcą zarobić jak najwięcej przy jak najmniejszych kosztach. Moda wiąże się z rodzajem odbiorcy.

Central Saint Martins ma renomę jednej z najlepszych modowych uczelni na świecie. W rekrutacji przyjmuje tylko ułamek zgłaszanych aplikacji. Co zrobiłaś, żeby się dostać? 

Wciąż nie wierzę, że się dostałam. Trzeba pisać do ludzi, pytać o rzeczy związane z rekrutacją. Pojechałam na dni otwarte do CSM, bo „może się czegoś dowiem”. Były naprawdę super, ale trochę nas nastraszyli, że ciężko jest się dostać. Próbowałam rozmawiać z wykładowcami, ale generalnie nikt ci nie powie, jak konkretnie stworzyć portfolio. „Musisz być sobą, pokaż swój styl, nie patrz na innych”, co jest prawdą, ale są to bardzo ogólne rady. Na początku chciałam od razu aplikować na BA [Bachelor of Arts – tytuł licencjata w dziedzinie nauk humanistycznych]. Na dniach otwartych powiedzieli mi jednak, że na BA nie przyjmują nikogo od razu po liceum. Trzeba mieć jakieś zaplecze, coś jeszcze zrobione, na przykład jakiś kurs. To nie musi być Foundation [rok zerowy] u nich, ale cokolwiek więcej po liceum jest konieczne.

Jak w twoim przypadku wyglądało to przygotowanie?

Przed BA zrobiłam Foundation w CSM. Na początku poszłam na kierunek ogólny, diagnostyczny, bo zastanawiałam się, co bardziej wolę, modę czy na przykład komunikację w modzie. Po 2 miesiącach musieliśmy zrobić mini portfolio i wtedy mogli nas już przydzielić na pathway, coś czym chcemy się konkretnie zajmować, aby aplikować na BA. Tak trafiłam na projektowanie ubrań. Zanim zaczęłam Foundation zrobiłam gap year, żeby przygotować portfolio, bo wiedziałam jak dużo czasu zajmie. Osobiście jestem bardziej samoukiem. Szukałam informacji w internecie, oglądałam filmiki na Youtube, czytałam książki. Generalnie skończyłam biol-chem w liceum, więc nie miałam w szkole zajęć plastycznych, dlatego postanowiłam wziąć rok przerwy. Potrzebowałam spokoju i czasu. 

Na czym polega Foundation?

Foundation to dobre przygotowanie do portfolio. Naprawdę bardzo mocne podstawy, ponieważ jak przychodzisz na BA, musisz już coś umieć. Uczą tam bardziej technicznych rzeczy, wykroje, szycie, ale research i to, jak prowadzić proces musisz już sama wiedzieć. Przy rekrutacji zakładają, że wiesz już, co robić. Oczywiście, doradzają, bo z każdym projektem się czegoś uczysz. Sama myślałam, że research potrafi każdy. Podczas mojego pierwszego tutorialu przed The White Show pokazałam wykładowcy, co chcę zrobić, a on zupełnie nie wiedział, o co mi chodzi. Szczerze polecam Foundation każdemu, kto ma w planach iść później na modę. Dodatkowo, daje on też lepszy rozgłos. Przez pandemię wszystko było online, ale zwykle robią na przykład wystawy, zapraszają sporo ludzi. 

Jak wyglądają dzienne studia z projektowania damskiej odzieży?

Nasz plan zajęć jest podporządkowany projektom. Niektóre trwają miesiąc, inne sześć tygodni.  Mamy też krótsze jak 2 tygodnie, ale są bardzo proste bez konieczności szycia. Najbliższy projekt będzie prawdopodobnie o jeansie, jednak nie jest to mój ulubiony materiał [śmiech]. Na przykładzie The White Show, mieliśmy trzy razy w tygodniu zajęcia na uczelni i przychodziliśmy tylko do studia. Nie mieliśmy zajęć, cały dzień z spędzaliśmy z jednym wykładowcą. Odbywają się w tym czasie tutoriale, czyli indywidualne spotkania. Tutaj uczymy się w pewien sposób przekazywania wizji. Ktoś przychodzi z pomysłem, ma zrobiony research i musi go przedstawić. Różnie bywa z oceną od wykładowcy, ponieważ nie powiedzą ci wprost, co sądzą, trzeba się domyślać. Jeśli chodzi o wykłady, to w pierwszym semestrze mieliśmy cultural studies. Może przez Black Lives Matter, ale uczymy się bardzo dużo o różnorodności, ruchu LGBT+. Nie ma porównania do Polski.

W jaki sposób czerpiecie wiedzę praktyczną?

Mamy też trzy dni z rzędu zajęcia techniczne. Kiedy już skończymy proces pomysłów i jesteśmy gotowi do rozpoczęcia szycia, to przechodzimy do robienia wykrojów. Następnie trzeba uszyć projekt z surówki, bawełny/płótna [kaliko], aby przetestować, czy aby na pewno wszystko się zgadza. Zajmuje to trochę czasu, bo tak naprawdę każdą pracę szyjesz podwójnie. Dopiero na końcu używasz docelowej tkaniny. Mimo wszystko, prototyp bardzo się przydaje, ponieważ nie marnujesz właściwego materiału i możesz coś jeszcze poprawić. Dobrze, jeśli potrafisz szyć, ale nie jest to obowiązkowe. Wiadomo, że nauczyciele pomagają i nie będą źli o wszystkie detale. Każdy tydzień jest podobny, schemat trzech dni i dużo swobody.

Czy uczą was też spraw związanych z biznesem i pokazują, jak prowadzić firmę? 

Z biznesu nic nie mamy, przynajmniej teraz. Jeśli ktoś bardziej celuje w tą stronę, to polecam LCF [London College of Fashion]. Generalnie CSM nauczy kreatywności i technicznego myślenia, ale nie znajdzie tu wiedzy na temat zakładania marki, przynajmniej na pierwszym roku. 

W jaki sposób pandemia wpłynęła na zajęcia?

Podczas lockdownu w styczniu mieliśmy zajęcia zdalnie, więc zostałam w Polsce. W marcu, mimo wszystko, uczelnia została otwarta i można było korzystać ze studia. Teraz mamy już normalne zajęcia i wracamy na uczelnię. Na początku, nauka zdalna była czymś nowym i nikt za bardzo nie potrafił się tym posługiwać. Wykładowcy prowadzili zajęcia, ale nie mieliśmy dostępu choćby do maszyn do szycia. Jeśli chodzi o tkaniny, to jedynie zakupy online, co się nie sprawdza, ponieważ nie można ich dotknąć.

Przygotowując się do wywiadu, bardzo często natrafiałam w twoich projektach na motyw schronu. Skąd pochodzi ta koncepcja? 

Myślę, że wpłynęła na to pandemia. Wszystkie projekty, jakie są u mnie na stronie, były tworzone właśnie podczas pandemii. Nawet „Grandma’s Cellar” była robiona pod koniec Foundation w trakcie lockdownu. Nie miałam w tamtym czasie dostępu do sklepu z materiałami. Nie wiedziałam, czego można się spodziewać. Projekt powstał bardzo szybko, ponieważ w marcu, kiedy wróciłam do Polski, nie miałam zupełnie motywacji do pracy. W przypadku „Grandma’s Cellar”, znalazłam w domu piankę tapicerską i okazała się być świetnym materiałem. Jest bardzo miła w dotyku, a po owinięciu czułam się po prostu bezpiecznie. Schron w czasie koronawirusa wydaje mi się dobrym pomysłem. Połączyłam go też z początkową ideą, jaką był PRL oraz historia mojej babci w tamtych czasach. „Grandma’s Cellar” oznacza „piwnicę babci” i właśnie w tytułowej piwniczce znalazłam jej pamiątki związane z PRL-em. Tamte czasy również były bardzo niepewne. Koncept schronu, bezpiecznego miejsca pojawiał się nieustannie. 

Twój ostatni projekt, Eden Airlines, zaprojektowałaś na potrzeby The White Show [coroczny projekt CSM dla pierwszego roku, polegający na skonstruowaniu stroju z białego materiału]. Pomijając, to jak bardzo podoba mi się ta nazwa, chciałam zapytać, skąd wzięłaś inspiracje na jego stworzenie?

Była to trochę kwestia przypadku. Zaczęłam projekt od wycieczki na pchli targ w Polsce i tam znalazłam wyrwane kartki z jakiejś książki. Podejrzewam, że mają z 80 lat. Znajdowało się na nich dużo roślinności, ale na jednej widniały sterowce. W sukience, początkowo, chciałam użyć kształtu sterowca, wielkiego, prostego, smukłego. Ostatecznie, zrobiłam rodzaj dekonstrukcji, sprawiłam, że został przebity i traci już swój kształt. Jednocześnie poszłam na wystawę Danh Vo [wietnamski artysta współczesny] w Londynie. Stworzył niezwykłą atmosferę, ponieważ od razu po wejściu, chciało się mówić szeptem. Było bardzo przytulnie i wystawa sprawiała wrażenie domu, wisiały tam jego rodzinne zdjęcia i widziałam pełno kominków. Stały tam również wielkie donice wypełnione roślinnością i wiszące nad nimi lampy. Miejsce wywarło na mnie wielkie wrażenie. Przypominało coś, co mogłabym połączyć z afterlife, przestrzenią, do której możesz trafić po śmierci. Później zaczęłam łączyć oba te motywy. Bardzo na mnie działa storytelling, budowanie historii i zawsze pomaga przy tworzeniu koncepcji. 

Do głównej sukienki tego projektu stworzyłaś również torebkę. Jak ją zrobiłaś?

Pomysł bierze się z wystawy Danh Vo, ponieważ chodziło mi o zakonserwowanie i przetrzymanie czegoś organicznego w sztuczny sposób. Na wystawie nie było dostępu do światła dziennego, więc doświetlali rośliny lampami. Do zrobienia torebki użyłam folii, w której można przetrzymywać napoje. Dodałam do niej resztki tkanin, które miałam z tego projektu. Dosypałam przyprawy, żeby nabrała zielonej barwy. Na koniec zalałam folię wodą, pomalowałam powierzchnię i doszyłam pasek. Musiałam szyć bardzo ostrożnie, aby torebka nie zaczęła przeciekać [śmiech].

Jak wygląda ocenianie takiego projektu? 

Zawsze pod koniec każdego projektu mamy prezentację. Pokazujemy na modelce, manekinie swój projekt i przez 10 minut mówimy o pomyśle. Oglądają nas wykładowcy, przedstawiamy szkicownik. Coś w rodzaju obrony pracy. Przez COVID-19 nauczyciele postanowili dawać oceny tylko w formie opisowej i zaliczeń. 

Ostatnio udostępniłaś zestaw „Bandage look”. Mogłabyś coś więcej o nim opowiedzieć?

Jest częścią projektu „Koszula”, ale bardziej przypomina kurtkę. 6-tygodniowa praca, bardzo techniczna, ponieważ było sporo detali do uszycia. Myślę, że to właśnie przy niej najwięcej się nauczyłam. Inspiracje zaczerpnęłam z filmów science-fiction z lat 80-tych. Wzorowałam się na „Seksmisji”, ale tylko w kwestii strojów. Praca miała być niezwykle detaliczna, więc musiałam mieć jakieś fizyczne przykłady uszycia, kołnierze, rękawy. W „Seksmisji” bardzo mi się spodobały asymetryczne zapięcia, wyglądały nowocześnie, wręcz jak uniformy. Mimo że tradycyjna koszula ma długi rękaw, zrobiłam krótszy, ponieważ w filmie świetnie się sprawdził. Ogólniej mówiąc, projekt jest o przyszłości. 

Z jakich materiałów go wykonałaś?

Wszystko jest wykonane z bandaży uszytych w lokalnej firmie w Polsce. Chciałam zwrócić uwagę na skoliozę. W naszych czasach jest to coraz bardziej powszechna choroba, a teraz, biorąc pod uwagę pandemię i ciągłe siedzenie przed ekranem komputera, będzie jeszcze gorzej. Zaczęłam szukać przedmiotów, które mogłyby pomóc w leczeniu. Trafiłam na pasy i gorsety usztywniające i zaczęłam je upinać. Niestety były bardzo sztywne, ciężko się z nimi pracowało. Później znalazłam bandaże, jednak z nimi też nie było łatwo, bo zrobione są z dzianiny. Nie chciały się szyć pod maszyną, więc szyłam przez papier. Sprawdzałam też, czy da się go prać i tak, jest w pełni użytkowy. 

W twoich pracach naprawdę widać zamiłowanie do futuryzmu, powiązania z UFO i izolacją. Przepowiadasz apokaliptyczną przyszłość, gdzie nikt już nie może oddychać czystym powietrzem. 

Szczerze to niedawno się zorientowałam, kiedy już trochę tych projektów przybyło, że faktycznie tak wyglądają. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Myślę, że pandemia bardzo na to wpłynęła. Przywykliśmy do zamknięcia. Poza tym wydarzenia z ostatniego roku bardzo nas podzieliły. Dodatkowo, pasjonuje mnie futuryzm z lat 70-tych i 80-tych, i to, jak w ówczesnym czasie ludzie wyobrażali sobie przyszłość. Uwielbiam ten styl, zwłaszcza w architekturze wnętrz. Smukłe kształty, łączenie z roślinnością, zawsze jest to ukryte w moich projektach.

Jakie jest twoje zdanie na temat ekologii w modzie?

Zwracam na to uwagę. W przypadku „Grandma’s Cellar”, materiał był z odzysku (Projekt „Folk Simulation” Joanna wykonała z niechcianego, ręcznie robionego dywanu ludowego, tkanego w latach 60-tych przez miejscowych tkaczy w centralnej Polsce. Kamizelkę „Fungi Plague” zrobiła ze swoich starych ubrań – przyp. red.). Interesuje mnie również szukanie alternatywnych materiałów, bardziej organicznych, które są biodegradowalne i nie szkodzą środowisku. Moda potrzebuje recyklingu, ale jest to wolny proces. Istnieje zjawisko takie jak greenwashing i wiele marek nas okłamuje. Mówią klientom, że coś jest ekologiczne, a w rzeczywistości nie jest. Chodzi tam o czysty marketing, pokazanie się z jak najlepszej strony.

Jacy projektanci cię inspirują?

Klasyk, ale bardzo lubię Alexandra McQueena. Podoba mi się to, że kiedy pokazywał swoje kolekcje, była wokół tego historia, było to przedstawienie. Nie pokaz, a wielkie wydarzenie. Też wielka odwaga w wykorzystywaniu bardziej organicznych materiałów i eksperymentalne podejście. Bardzo mnie inspiruje Conner Ives (nominowany do nagrody LVMH Prize 2021 – przyp. red.). Tworzy bardzo kobiecą modę, widzę sporą lekkość. Wykorzystuje materiały z odzysku. 

Co wpływa na to, że w obliczu tak dużej ignorancji polskich władz na problemy różnych grup społecznych, jawnego rasizmu i homofobii, wciąż podejmujesz temat polskości? 

Szczerze nienawidzę tego, co się aktualnie dzieje w kraju. Z drugiej strony, wciąż czuję się Polką i doceniam naszą kulturę. Uważam, że nasz dorobek kulturowy, na przykład sztukę ludową, warto przedstawiać światu. Polityka nie ma znaczenia w odniesieniu do polskich artystów, o których warto mówić. W swoich projektach zawsze zawieram trochę Polski i staram się ją podkreślać.

Kiedy mówię o PRL-u, to wiąże go z moimi korzeniami. Jestem przeciwna systemowi tamtych lat, ale doceniam sztukę, design, to w jaki sposób artyści próbowali się bronić przed rządem. Pamiętam, że podczas protestów (Strajku Kobiet – przyp. red) w Polsce, miałam zajęcia z nową profesor. Kiedy powiedziałam jej skąd jestem, od razu zareagowała: „O! Źle się u was dzieje”. Kiedy mówię komuś, że jestem z Polski, ludzie kojarzą piękną architekturę, widoki, Kraków, ale wszyscy słyszeli o tragicznej sytuacji politycznej. W pracy lubię pozostać jednak apolityczna, stworzyć swój świat, oddzielone miejsce. Nie lubię w to mieszać polityki. 

Czy w pewien sposób, kiedy się odgradzasz, nie przekazujesz politycznej wiadomości „nie chcę mieć z wami nic do czynienia i nie podoba mi się to, co się dzieje”?

Zgadza się. Bezpośrednio nie wyrażam tego protestu, ale poniekąd jest tak jak mówisz. Jeśli mam mówić o Polsce, to tylko w pozytywny sposób, mówiąc na przykład o sztuce, jednak nie chcę konkretnie manifestować.


Joanna Wirażka ma 22 lata i pochodzi z Bełchatowa. Aktualnie studiuje Womenswear na pierwszym roku na prestiżowej uczelni Central Saint Martins w Londynie. CSM zaliczany jest do jednej z najlepszych modowych szkół na świecie.