Spotykam się z Sonią Roszczuk kilka dni po jej powrocie z Wenecji. Jeszcze niedawno oglądała efekt swojej pracy – trzykanałową instalację wideo, w której zagrała główną rolę – prezentowaną w Pawilonie Albanii podczas Biennale Arte 2026. Dziś siedzi przede mną podczas sesji zdjęciowej. Bez pośpiechu, bez otoczki sukcesu, którą tak często buduje się wokół artystów wracających z międzynarodowych wydarzeń. Rozmawiamy o aktorstwie, emocjach, pracy i o tym, jak nie zgubić siebie w zawodzie, który często wymaga nieustannego oddawania kawałków własnej osobowości.
Patrząc na jej drogę zawodową, trudno oprzeć się wrażeniu, że Sonia nigdy nie szukała skrótów. Jej kariera rozwijała się konsekwentnie, a kolejne role i projekty tworzą dziś obraz aktorki, która równie swobodnie porusza się między teatrem, filmem, serialem, performansem i sztukami wizualnymi.
Urodziła się w Warszawie. Do szkoły teatralnej dostała się dopiero za czwartym podejściem. W świecie, który uwielbia historie o błyskawicznych sukcesach, ten fakt mówi o niej więcej niż niejeden wywiad. Sama wspominała, że właśnie determinacja okazała się najważniejsza podczas egzaminów. Ostatecznie ukończyła wrocławską filię Akademii Sztuk Teatralnych w 2014 roku, a jednym z jej pierwszych ważnych doświadczeń był głośny dyplom „Love and Information” w reżyserii Moniki Strzępki.
Po studiach trafiła do Teatru Polskiego w Bydgoszczy, jednego z najważniejszych wówczas miejsc na teatralnej mapie Polski. To tam pracowała z twórcami, którzy nie bali się eksperymentów formalnych i zadawania pytań o współczesność. Współpracowała między innymi z Wiktorem Rubinem, Anną Smolar i Pawłem Wodzińskim.
W 2017 roku otrzymała nagrodę aktorską na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych za rolę w spektaklu „Henrietta Lacks” Anny Smolar. Rok później „Kowboje”, również wyreżyserowani przez Smolar, zdobyli Grand Prix Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy.


Od 2018 roku związana jest z warszawskim Teatrem Studio. To właśnie tam można zobaczyć ją w projektach, które nie traktują aktora wyłącznie jako wykonawcy tekstu. Sonia należy do pokolenia artystów, dla których aktor jest współtwórcą spektaklu i bierze odpowiedzialność za opowiadaną historię.
Może dlatego tak naturalnie porusza się między różnymi obszarami sztuki. W Wenecji nie znalazła się przypadkiem. Jej obecność w projekcie reprezentującym Pawilon Albanii była konsekwencją wieloletniej pracy na styku różnych dziedzin. W czasach, gdy granice między teatrem, performansem i sztuką współczesną coraz bardziej się zacierają, Roszczuk wydaje się artystką doskonale odnajdującą się w tej rzeczywistości.
Podczas naszej rozmowy wracamy jednak nie do Wenecji, ale do samego aktorstwa.
Mówi coś co zostaje ze mną na długo. Że aktorstwo jest pracą, która mocno wgryza się w życie na wielu poziomach. Często trudnych do przewidzenia.
Nie da się zamknąć emocji w garderobie po zakończonym spektaklu czy planie zdjęciowym. Każda rola niesie ze sobą określony ładunek emocjonalny. Każda zostawia ślad. Czasem niewielki, czasem bardzo wyraźny. To nie jest zawód wykonywany od dziewiątej do siedemnastej. Emocje przechodzą razem z aktorem przez kolejne dni, tygodnie, a czasem miesiące.
I kiedy słucha się Soni, trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie dlatego jest tak przekonująca na scenie.
Nie próbuje grać emocji. Próbuje je zrozumieć. W jej podejściu nie ma romantycznej wizji artysty. Wręcz przeciwnie. Bardzo dużo mówi o codzienności pracy. O profesjonalizmie. O odpowiedzialności wobec innych ludzi.
W pewnym momencie rozmowa schodzi na temat relacji w branży.
Sonia mówi, że dobrze jest być po prostu miłym człowiekiem.
To zdanie brzmi niemal banalnie, ale w środowisku kreatywnym, gdzie wyolbrzymione ego często gra pierwsze skrzypce, nabiera zupełnie innego znaczenia. Roszczuk podkreśla, że ogromne znaczenie ma kultura pracy. Sposób, w jaki traktujemy ekipę, współpracowników czy technicznych – osoby pracujące poza światłem reflektorów.
Jednocześnie zaznacza, że życzliwość nie oznacza rezygnowania z własnych granic.
Potrafi zadbać o siebie. Potrafi powiedzieć „nie”.
Potrafi zawalczyć o warunki pracy, które uważa za właściwe.
To połączenie empatii i stanowczości wydaje się jedną z jej największych sił.

Na ekranie można było oglądać ją między innymi w „Drogówce”, „Wołyniu”, „Królu”, „1983”, „Silent Twins”, „Bo we mnie jest seks”, „Krew z krwi”, „Czarnych stokrotkach” czy „Dziadku, wiejemy!”. Wystąpiła także w międzynarodowych produkcjach, takich jak norweska „Furia” oraz amerykański film „Azrael”.
Patrząc na jej drogę zawodową, trudno znaleźć jeden wspólny mianownik. Teatr repertuarowy, kino, seriale, projekty międzynarodowe, performans, sztuki wizualne. Sonia Roszczuk porusza się między nimi z naturalnością osoby, która nie potrzebuje zamykać się w jednej definicji aktorstwa.
Być może dlatego tak dobrze odnalazła się również w Wenecji. Nie jako gość z zewnątrz, ale jako artystka, dla której przekraczanie granic między różnymi dziedzinami sztuki od dawna jest czymś naturalnym.
Po kilku godzinach rozmowy zostaję jednak nie z obrazem aktorki po sukcesie na Biennale, ale osoby, która bardzo świadomie myśli o swoim zawodzie. O emocjach, które niesie każda rola. O odpowiedzialności za pracę. O relacjach z ludźmi.
Zdjęcia: Konrad Pardo dla OCZY.MAG
Stylizacje: Michał Skurski
Make-Up Artist: Alina Biahun
Creative & wywiad: Krzysztof Malcher
O perfekcyjnie wyprasowane stylizacje zadbała marka Laurastar.


