fot. materiały prasowe

Przesłuchałem nową płytę Madonny i nie wiem co ze sobą zrobić [RECENZJA]

Są artyści, od których z czasem przestaje się oczekiwać wielkich rzeczy. Nie dlatego, że przestają być ważni. Po prostu przychodzi moment, w którym ich największe dzieła stają się tak monumentalne, że wszystko, co powstaje później, jest nieustannie porównywane z przeszłością. Madonna zna ten mechanizm lepiej niż ktokolwiek inny. Od niemal dwóch dekad słyszy, że “to już nie ta sama Madonna”. Że najlepsze lata ma za sobą. Że zamiast tworzyć nową muzykę, żyje własną legendą. I właśnie dlatego “Confessions II” jest albumem tak zaskakującym.

Nie dlatego, że próbuje udowodnić krytykom, iż się mylili. Wręcz przeciwnie. Ta płyta sprawia wrażenie, jakby Madonna wreszcie przestała przejmować się tym, co ktokolwiek ma do powiedzenia. Nie walczy z własną przeszłością. Nie ucieka od niej. Nie próbuje na siłę być dwudziestolatką ani ścigać trendów z TikToka. Zamiast tego zrobiła coś znacznie trudniejszego. Pogodziła się z faktem, że jest ikoną. A kiedy artysta przestaje udowadniać swoją wartość, często tworzy swoje najbardziej szczere dzieła.

Już sama zapowiedź “Confessions II” budziła ogromne emocje. Powrót do współpracy ze Stuartem Price’em był czymś więcej niż marketingowym chwytem. To właśnie Price odpowiadał za brzmienie “Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku, albumu, który dla wielu pozostaje ostatnim bezdyskusyjnym arcydziełem Madonny. Po drodze były przecież bardzo dobre momenty, ale też płyty, które sprawiały wrażenie powstałych bardziej z obowiązku niż z artystycznej potrzeby. Tym razem od pierwszych sekund słychać, że oboje odnaleźli wspólny język na nowo.

Największą pułapką “Confessions II” mogła być nostalgia. Łatwo było wyobrazić sobie album, który bez końca cytuje “Hung Up”, “Sorry” czy “Get Together”, licząc na sentyment fanów. Madonna jest jednak zbyt inteligentną artystką, by pójść tą drogą. Owszem, słychać charakterystyczny puls house’u, płynne przejścia między utworami i klubową energię, ale wszystko brzmi dojrzalej. Jakby taniec przestał być celem samym w sobie, a stał się sposobem opowiadania historii. To nie jest muzyka, która mówi: “Patrzcie, nadal potrafię zrobić imprezowy hit”. To muzyka kobiety, która przeżyła więcej niż większość gwiazd popu, straciła przyjaciół, zmieniła świat muzyki kilka razy i dziś patrzy na swoje życie z zupełnie innej perspektywy.

Kiedy znika wizerunek, zostają emocje

Najbardziej zaskakuje właśnie ta emocjonalna szczerość. Madonna przez całą karierę była mistrzynią kreowania wizerunku. Nawet gdy śpiewała o sobie, robiła to przez filtr prowokacji, seksualności albo spektaklu. Tutaj ten filtr momentami znika. W wielu utworach słychać kobietę, która nie boi się mówić o przemijaniu, żalu, relacjach rodzinnych czy utracie bliskich (jeden z utworów napisała w momencie kiedy wiedziała, że jej ukochany brat Christopher nie ma już szans na wyzdrowienie). Nie brzmi to jak spowiedź. Bardziej jak rozmowa prowadzona nad ranem, kiedy klub już pustoszeje, światła powoli się zapalają, a muzyka nadal gra.

Paradoksalnie właśnie dzięki temu “Confessions II” jest najbardziej taneczną płytą Madonny od dwudziestu lat. Bo najlepsza muzyka klubowa nigdy nie była wyłącznie o zabawie. House rodził się jako przestrzeń wolności, schronienie dla ludzi wykluczonych i miejsce, gdzie można było zostawić codzienność za drzwiami. Madonna doskonale o tym pamięta. Na nowym albumie wraca do tych korzeni z ogromnym szacunkiem. Elektroniczne bity nie przykrywają emocji. One je wzmacniają. To właśnie dlatego ta płyta sprawdza się równie dobrze na parkiecie, jak i w słuchawkach podczas samotnego spaceru.

Pierwsze minuty albumu nie wywołały u mnie zachwytu. Wywołały ulgę. Pomyślałem: “w końcu”. W końcu słyszę Madonnę, która nie próbuje być kimś innym. W końcu słyszę album mający własną tożsamość od pierwszego do ostatniego dźwięku. W czasach, gdy większość popowych wydawnictw przypomina playlistę przygotowaną przez algorytm, taka spójność staje się luksusem.

fot. materiały prasowe

Muzyka, której nie chce się przerywać

I chyba właśnie dlatego po zakończeniu pierwszego odsłuchu nie miałem ochoty od razu włączyć go ponownie. Potrzebowałem kilku minut. Nie dlatego, że muzyka mnie zmęczyła. Wręcz przeciwnie. Dawno żaden popowy album nie zostawił mnie z taką liczbą myśli. Jeżeli jednak coś naprawdę odróżnia „Confessions II” od większości współczesnych albumów popowych, to sposób, w jaki został zbudowany. Dziś dominują pojedyncze utwory. Artyści myślą o playlistach, mediach społecznościowych i trzydziestosekundowych fragmentach, które mają stać się viralem. Coraz rzadziej powstają płyty, których warto słuchać od początku do końca. Madonna idzie pod prąd. Proponuje całe doświadczenie.

To słowo wydaje się tutaj najtrafniejsze. Nie dostajemy zestawu potencjalnych przebojów, ale muzyczną podróż, w której każdy kolejny utwór wynika z poprzedniego. Niektóre kończą się płynnie, inne zmieniają tempo niemal niezauważalnie. Momentami trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedna kompozycja, a zaczyna następna. To zabieg, który pamiętamy z „Confessions on a Dance Floor”, ale tutaj nie służy wyłącznie utrzymaniu klubowej energii. Buduje napięcie i sprawia, że album oddycha własnym rytmem.

Największym bohaterem tej płyty wcale nie jest jednak produkcja. Jest nim głos Madonny. To może zabrzmieć zaskakująco, bo przez lata zarzucano jej wszystko: ograniczoną skalę, nadmiar efektów, cyfrowe poprawki i podporządkowanie wokalu produkcji. Tym razem śpiewa inaczej. Mniej teatralnie. Nie próbuje udowadniać, że brzmi jak trzydzieści lat temu. Jest w tym akceptacja upływu czasu, ale też pewność siebie, której wcześniej często brakowało. Paradoks polega na tym, że właśnie dzięki temu wypada bardziej przekonująco niż na wielu wcześniejszych wydawnictwach.

Kiedy parkiet staje się miejscem refleksji

Nie oznacza to oczywiście, że „Confessions II” jest albumem pozbawionym tanecznej energii. Wręcz przeciwnie. Są momenty, kiedy trudno usiedzieć w miejscu. Pulsujący house, syntezatory inspirowane latami osiemdziesiątymi i charakterystyczny groove sprawiają, że noga sama zaczyna wybijać rytm. Tyle że nie jest to impreza dla samej imprezy. Za każdym mocniejszym bitem kryje się jakaś emocja. To właśnie dlatego podczas słuchania miałem przed oczami bardziej pusty parkiet o piątej rano niż zatłoczony klub o północy. Jest w tej muzyce melancholia, która z wiekiem staje się coraz bardziej zrozumiała. Madonna nie opowiada już o podboju świata. Opowiada o tym, co zostaje, kiedy ten świat już się zdobyło.

To zresztą największa różnica między dawną a obecną Madonną. Przez dekady budowała swoją pozycję poprzez nieustanne przekraczanie granic. Prowokowała kościół, polityków, media i konkurencję. Dzisiaj nie musi niczego udowadniać. Największą prowokacją okazuje się… spokój.

Słuchając tej płyty, kilka razy złapałem się na myśli, że młodsza Madonna prawdopodobnie nie odważyłaby się nagrać takiego albumu. Była zbyt zajęta wyprzedzaniem wszystkich dookoła. Dzisiejsza Madonna pozwala sobie na luksus zatrzymania się. To ogromna różnica i być może największy atut całego projektu. Czy album jest idealny? Nie. W środkowej części tempo odrobinę siada. Są dwa lub trzy momenty, które nie zostają w pamięci tak mocno jak otwierające kompozycje. Niektóre melodie mogłyby być odważniejsze, a kilka refrenów domaga się mocniejszego finału. To jednak problemy, które zauważa się dopiero po kilku odsłuchach. Za pierwszym razem bardziej liczy się atmosfera niż pojedyncze piosenki.

I właśnie atmosfera jest tutaj czymś wyjątkowym. W świecie, w którym pop często brzmi tak, jakby został wygenerowany przez algorytm analizujący trendy, „Confessions II” wydaje się albumem stworzonym przez człowieka. Z jego doświadczeniami, słabościami i wspomnieniami. To różnica, którą słychać od pierwszych minut.

fot. materiały prasowe

Utwór, który powinien zostać singlem

Jeżeli miałbym wskazać dwa utwory, do których będę wracał najczęściej, wybór jest zaskakująco prosty. Pierwszym jest „One Step Away”. To właśnie tutaj Madonna przypomina, że wciąż doskonale rozumie, czym jest klubowa euforia. Utwór opiera się na potężnym, hipnotycznym bicie, który z każdą minutą nabiera rozpędu. Nie ma tu nostalgii ani kopiowania własnych hitów sprzed dwóch dekad. Jest nowoczesna produkcja, pulsujący bas i refren, który aż prosi się o wybrzmienie na największych parkietach świata. Dawno nie słyszałem u Madonny tak pewnego siebie, tanecznego numeru. Gdyby ukazał się jako singiel, bez problemu mógłby stać się jednym z najmocniejszych momentów jej koncertów.

Drugim absolutnym faworytem jest „Bizarre”, nagrane wspólnie z Martinem Garrixem. I właśnie tak wyobrażam sobie współpracę legendy z jednym z najważniejszych producentów muzyki elektronicznej ostatniej dekady. Garrix nie dominuje nad Madonną, ale tworzy dla niej przestrzeń, w której może zabrzmieć świeżo i wiarygodnie. Utwór balansuje między house’em, progressive EDM i popem, ani przez chwilę nie popadając w festiwalową przewidywalność. To jedna z tych piosenek, które pokazują, że Madonna nadal potrafi odnaleźć wspólny język z młodszym pokoleniem twórców, nie rezygnując przy tym z własnej tożsamości. „Bizarre” ma wszystko, czego oczekuję od współczesnego klubowego popu: świetny groove, kapitalicznie budowane napięcie i finał, który zostaje w głowie jeszcze długo po zakończeniu albumu.

Największą siłą jest całość

Takich momentów jest na tej płycie więcej. Im dłużej jej słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że największą siłą „Confessions II” jest konsekwencja. Nie ma tu przypadkowych utworów wrzuconych tylko po to, żeby zwiększyć liczbę odtworzeń. Każda kompozycja ma swoje miejsce, własną funkcję i buduje większą historię. W czasach, kiedy wiele albumów przypomina składankę singli, taka spójność robi ogromne wrażenie. Jednocześnie trudno uciec od refleksji, że jest to płyta bardzo symboliczna. Madonna nie zamyka swojej kariery, ale sprawia wrażenie osoby, która świadomie podsumowuje pewien etap życia. Nie robi tego patetycznie ani sentymentalnie. Zamiast wielkich deklaracji proponuje muzykę, która mówi sama za siebie.

To właśnie dlatego po kilku odsłuchach przestałem myśleć o „Confessions II” jako o kontynuacji kultowego albumu z 2005 roku. Tytuł może sugerować sequel, ale w rzeczywistości jest to zupełnie inna opowieść. Tamta Madonna patrzyła w przyszłość i chciała zawojować parkiety. Dzisiejsza Madonna spogląda na drogę, którą już przeszła, i zaskakująco dobrze odnajduje się w tej perspektywie. Paradoksalnie właśnie dzięki temu brzmi świeżej niż wielu artystów o połowę młodszych.

Być może właśnie na tym polega największy sukces tej płyty. Nie próbuje udowodnić, że Madonna nadal jest królową popu. Ona po prostu przypomina, dlaczego ten tytuł dostała wiele lat temu. A między tymi dwiema rzeczami jest ogromna różnica. Mam wrażenie, że od Madonny od lat oczekiwaliśmy niewłaściwych rzeczy. Chcieliśmy kolejnego „Like a Prayer”. Kolejnego „Ray of Light”. Kolejnego „Confessions on a Dance Floor”. Tymczasem ona nagrała album, który nie próbuje przebić własnej historii. Zamiast tego dopisuje do niej nowy rozdział.

Madonna niczego już nie musi

Od dawna brakowało mi w muzyce Madonny właśnie takiej odwagi. Nie odwagi do szokowania, bo z tego wyrosła już wiele lat temu. Chodzi o odwagę pokazania siebie bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Paradoksalnie dopiero teraz brzmi naprawdę wolno. Nie jest skierowany wyłącznie do fanów, którzy dorastali z Madonną. Nie jest też desperacką próbą zdobycia nowego pokolenia. To płyta dla ludzi, którzy kochają muzykę taneczną, ale oczekują od niej czegoś więcej niż chwytliwego refrenu.

Największym zwycięzcą pozostaje jednak sama Madonna. W czasach, gdy wiele legend popu odcina kupony od własnej kariery, ona przypomina, że doświadczenie może być wartością, a nie przeszkodą. Nie próbuje rywalizować z młodszymi artystkami. Tworzy na własnych zasadach i właśnie dlatego wypada tak przekonująco.

Jeżeli miałbym wrócić do tej płyty za kilka lat, jestem przekonany, że nie zrobię tego wyłącznie dla nostalgii. Wrócę dla „One Step Away”, które jest bezdyskusyjnie największym klubowym bangerem na albumie. Wrócę dla „Bizarre”, bo współpraca z Martinem Garrixem pokazuje, jak powinno łączyć się dwa muzyczne światy. Wrócę też dla atmosfery, której nie da się zamknąć w pojedynczym singlu. To jeden z tych albumów, które najlepiej smakują jako całość.

„Confessions II” to nie powrót do przeszłości. To krok dalej

A tytuł tej recenzji? Nie jest przesadą. Naprawdę przesłuchałem nową płytę Madonny i przez chwilę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie dlatego, że usłyszałem największe arcydzieło XXI wieku. Takie płyty zdarzają się raz na pokolenie. Chodzi o coś innego. Dawno żaden album ikony popu nie sprawił, że zapomniałem o oczekiwaniach, rankingach i internetowych dyskusjach. Po prostu słuchałem.

I to jest chyba największy komplement, jaki mogę wystawić „Confessions II”. To najlepszy album Madonny od czasu „Confessions on a Dance Floor”. Nie próbuje powtórzyć tamtego sukcesu. Buduje własną historię i udowadnia, że nawet po ponad czterdziestu latach kariery można nagrać płytę, która brzmi świeżo, odważnie i autentycznie. Gdyby ten album naprawdę się ukazał wcześniej, byłby jednym z najważniejszych popowych wydarzeń nie tylko tej dekady, ale myślę, że i wszech czasów.