Są filmy, które udają, że mówią o życiu, a tak naprawdę boją się dotknąć czegokolwiek niewygodnego. „Zapiski śmiertelnika” Macieja Żaka idą w drugą stronę. Wchodzą w temat samobójstwa frontalnie, ale robią to zaskakująco lekko, momentami wręcz bezczelnie. To słodko-gorzka czarna komedia, która zamiast moralizować, podkłada widzowi lustro. I każe się w nim przejrzeć, nawet jeśli nie do końca mamy na to ochotę.
Bohater, który „ma wszystko” i… nic z tego nie wynika
Punkt wyjścia znamy, ale na ekranie działa znacznie mocniej. Pięćdziesięcioletni główny bohater o inicjałach F.P. przyjeżdża do nadmorskiego kurortu, by popełnić samobójstwo. Ma pozornie wszystko. Rodzinę, pieniądze, zawodowy sukces. Brakuje mu tylko sensu. I to jest chyba najbardziej niewygodne w tym filmie: nie ma tu traumy w stylu kina interwencyjnego, nie ma dramatycznych zwrotów akcji. Jest pustka. Taka, która nie krzyczy, tylko powoli zjada od środka.
Maciej Żak jako scenarzysta i reżyser nie próbuje tego tłumaczyć ani usprawiedliwiać. Nie szuka winnych. Raczej pokazuje stan zawieszenia, w którym bardzo łatwo pomylić wolność wyboru z ostateczną rezygnacją. To kino o męskim zmęczeniu, o emocjach, których nikt nie nauczył nazywać, i o smutku, który potrafi być dziedziczony jak kolor oczu.
Realizm magiczny zamiast terapii
Moment, w którym w filmie „Zapiski śmiertelnika” pojawia się duch ojca – granego przez Mariana Dziędziela – jest kluczowy. To mogło się wykoleić. Mogło pójść w tani symbolizm albo groteskę bez kontroli. Relacja syn–ojciec staje się osią całej opowieści, a samobójstwo przestaje być tematem „o śmierci”, a zaczyna mówić o życiu, które ktoś kiedyś przerwał i którego konsekwencje ciągną się przez pokolenia.
Czarny humor jest tu fundamentem. Ale to nie jest humor dla żartu. To raczej mechanizm obronny. Śmiech pojawia się w najmniej komfortowych momentach i właśnie dlatego trafia celnie. Film nie proponuje katharsis ani pocieszenia. Zostawia z pytaniami i robi to z rozbrajającą szczerością.
Magdalena Popławska: gwiazda drugiego planu
W obsadzie „Zapiski śmiertelnika” jest kilka mocnych nazwisk, ale dla mnie jedną z najciekawszych postaci jest ta grana przez Magdalenę Popławską. To rola drugoplanowa tylko z nazwy. Popławska nie gra „więcej”, nie próbuje kraść scen. Jest oszczędna, precyzyjna i bardzo prawdziwa. Jej obecność działa jak kontrapunkt dla głównego bohatera – wnosi do filmu emocjonalną temperaturę, której czasem brakuje w jego świecie.
To jedna z tych ról, które zostają w pamięci nie przez wielkie monologi, ale przez detale. Spojrzenia, pauzy, sposób bycia. Popławska jest tu swoistą gwiazdą drugiego planu, która nadaje historii dodatkowy wymiar i przypomina, że w tym filmie najciekawsze rzeczy dzieją się między.. słowami.

Morze, które nie koi
Strona wizualna filmu zasługuje na osobny akapit. Polskie morze rzadko bywa w kinie tak obojętne i chłodne. Nie ma tu romantycznych zachodów słońca ani turystycznej nostalgii. Jest przestrzeń, która niczego nie obiecuje. Kamera Jakuba Stoleckiego podkreśla ten stan zawieszenia: szerokie kadry, puste wnętrza, cisza, która nie uspokaja, tylko pogłębia poczucie izolacji.
Muzyka i montaż trzymają całość w ryzach, nie próbując manipulować emocjami widza. To kolejny plus – film ufa swojej historii i aktorom.
Kino niewygodne, ale potrzebne
„Zapiski śmiertelnika” nie są filmem łatwym ani przyjemnym w klasycznym sensie. To kino międzygatunkowe, balansujące między dramatem, czarną komedią i realizmem magicznym. Momentami nierówne, ale odważne. I przede wszystkim szczere. Nie udaje, że ma odpowiedzi. Raczej pokazuje, jak bardzo ich dzisiaj brakuje.
To film, który może zirytować tych, którzy oczekują jasnego przekazu albo morału na koniec. Ale jeśli potraktować go jak intymną, gorzką rozmowę o granicach wolności i odpowiedzialności za własne życie, działa zaskakująco mocno. I zostaje z widzem dłużej, niż by się chciało. A to w polskim kinie wciąż nie jest oczywiste.
„Zapiski śmiertelnika” w dystrybucji Galapagos Films w kinach od 30 stycznia 2026 roku.


