fot. dzięki uprzejmości TVP

„Zima pod znakiem wrony”: Obca w zamkniętym systemie. Historia, która zamienia się w paranoję

Krzysztof Malcher Editor-in-Chief

„Zima pod znakiem wrony” Kasi Adamik to jej najnowszy film, który jest bardziej jak stan psychiczny niż klasyczna narracja historyczna. Osadzony w grudniu 1981 roku, w momencie wprowadzenia stanu wojennego, opowiada historię brytyjskiej psychiatry Joan Andrews, która przyjeżdża do Warszawy na kongres i nagle zostaje uwięziona w rzeczywistości, której nie rozumie — językowo, kulturowo i emocjonalnie. To thriller percepcji, gdzie historia filtruje się przez doświadczenie jednostki zagubionej w systemie.

Warszawa jako labirynt i stan psychiczny

Największą siłą filmu jest atmosfera. Adamik buduje obraz Warszawy lat 80. jako przestrzeni niemal onirycznej — szarej, zamrożonej, wyciszonej, ale jednocześnie napiętej. Miasto nie jest tylko tłem wydarzeń. Staje się aktywnym uczestnikiem narracji.

Telefon milczy, ulice pustoszeją, a rzeczywistość zaczyna przypominać sen, w którym reguły logiki przestają działać. To szczególnie wybrzmiewa, gdy bohaterka przypadkowo staje się świadkiem zabójstwa opozycjonisty i trafia w sam środek paranoicznej gry z aparatem państwowym. Reżyserka świadomie prowadzi historię z perspektywy outsiderki. Widz wie tylko tyle, ile Joan. Bez nad-wiedzy, bez komfortu interpretacyjnego. Efekt jest klaustrofobiczny i bardzo konsekwentny formalnie.

fot. dzięki uprzejmości TVP

Lesley Manville: rola chłodna, ale magnetyczna

Lesley Manville w roli Joan Andrews daje jedną z najbardziej precyzyjnych kreacji w europejskim kinie ostatnich lat. Jej bohaterka nie jest emocjonalna w oczywisty sposób. To kobieta analityczna, zdystansowana, kierująca się ciekawością badawczą bardziej niż empatią. Gdy świat wokół niej rozpada się na fragmenty, ona próbuje go zrozumieć jak przypadek kliniczny. Paradoksalnie to racjonalność staje się jej największą słabością.

Zofia Wichłacz jako Alina wprowadza kontrapunkt — energię młodego pokolenia zaangażowanego w opór. Jej postać nie jest idealistyczna w prosty sposób. Bywa manipulacyjna, radykalna i emocjonalnie niejednoznaczna, co nadaje relacji z Joan ciekawą dynamikę pewnego rodzaju napięcia. Film inspirowany jest opowiadaniem Olgi Tokarczuk „Profesor Andrews w Warszawie”, lecz nie próbuje wiernej adaptacji literackiej. Raczej rozwija krótką formę w pełnometrażową opowieść o stanie zawieszenia między jawą a snem.

Adamik sama podkreśla, że chciała stworzyć historię subiektywną, widzianą oczami obcego, dla którego rzeczywistość PRL-u wydaje się nielogiczna i surrealistyczna. Ten zabieg formalny sprawia, że film momentami przypomina psychologiczny neo-noir, a nie klasyczny dramat historyczny. Granica między paranoją a realnym zagrożeniem zaciera się stopniowo. Widz nie ma do końca pewności, czy obserwuje polityczny thriller, czy studium rozpadu percepcji bohaterki.

Wizualna dyscyplina i chłód obrazu

Zdjęcia Tomasza Naumiuka to jeden z najważniejszych elementów filmu. Kamera operuje ziarnem, chłodną paletą i ograniczonym światłem dziennym, co wzmacnia poczucie izolacji i kontroli. Szaro-czarne pejzaże Warszawy działają niemal jak dokument emocjonalny epoki. To kino wizualnie oszczędne, ale bardzo świadome. Brutalistyczne wnętrza, zaspy śniegu i puste przestrzenie blokowisk budują estetykę surową, konsekwentną i bardzo europejską w tonie.

Choć punktem wyjścia jest stan wojenny, dla mnie „Zima pod znakiem wrony” nie jest filmem politycznym w publicystycznym sensie. To opowieść o obcości — kulturowej, językowej i egzystencjalnej. O tym, jak historia wygląda z perspektywy kogoś, kto nie zna jej kodów.

Scenariusz rozszerza literacką bazę o temat różnic doświadczeń XX wieku między Wschodem a Zachodem, pokazując, jak niezrozumiałe mogą być realia PRL-u dla osoby wychowanej poza tym systemem. Tempo narracji filmu jest kontrolowane, momentami jest minimalistyczna, a emocje podane w sposób zdystansowany. I właśnie to może dzielić widzów. Dla mnie był czasami niespójnie scenariuszowo. Kilka wątków pojawiało się znikąd bez dalszego wytłumaczenia, pozostając w domyśle oglądającego.

Jednocześnie to dla mnie jedno z bardziej dojrzałych polskich dzieł ostatnich lat — łączące thriller, kino psychologiczne i oniryczną refleksję o pamięci i strachu. Nie szuka prostych odpowiedzi. Raczej zanurza widza w atmosferze niepewności i napięcia. Efekt końcowy jest hipnotyczny, momentami niepokojący i bardzo konsekwentny. To kino, które powoli wciąga — jak zimowy koszmar, z którego trudno się wybudzić.


„Zima pod znakiem wrony” w kinach od 20 lutego 2026 roku w dystrybucji kinowej TVP.