fot. dzięki uprzejmości Warner Bros. Pictures.

„Wichrowe Wzgórza”: Klasyka po przejściach, czyli romans, który przestał być romantyczny

Krzysztof Malcher Editor-in-Chief

Są historie, które wracają jak bumerang, bo każda epoka chce je opowiedzieć po swojemu. „Wichrowe Wzgórza” należą do tej kategorii bezdyskusyjnie. Nowa adaptacja w reżyserii Emerald Fennell nie próbuje udawać wierności oryginałowi. Idzie na skróty, podkręca emocje i bez kompleksów filtruje pisarkę Charlotte Brontë przez wrażliwość XXI wieku. To kino, które nie chce się podobać wszystkim. Nie bez powodu zapis filmu jest z cudzysłowem.

Miłość, która nie jest już ładna

W wersji Fennell nie ma miejsca na romantyczną mgłę i westchnienia pod wrzosami. Jest za to obsesja, gniew i emocjonalna przemoc, pokazane bez pudru. Relacja Catherine i Heathcliffa przestaje być „wielką miłością”, a zaczyna przypominać studium uzależnienia. To odważny ruch, bo odbiera widzowi komfort idealizowania bohaterów. Ale właśnie tu film trafia w punkt: dziś wiemy, że toksyczność nie staje się piękniejsza tylko dlatego, że jest namiętna.

Obsada wywołała więcej dyskusji niż niejeden festiwalowy werdykt. Margot Robbie jako Catherine gra chłodno i nerwowo, jakby cały czas była o krok od ucieczki — od Heathcliffa, od siebie, od tej historii. Jacob Elordi nie próbuje budować bohatera „do kochania”. Jego Heathcliff jest fizyczny, niepokojący, momentami odpychający. To wybór, który wielu zirytuje. Mnie przekonuje, bo wreszcie przestajemy udawać, że ta postać kiedykolwiek była romantycznym ideałem.

Estetyka bardziej moda niż muzeum

To film, który myśli obrazem jak edytorial w Vogue’u. Kadry są ostre, kontrastowe, momentami niemal agresywne. Kostiumy nie rekonstruują epoki, tylko ją cytują. Fennell bawi się konwencją gotyku, ale nie zamyka jej w gablocie. Dzięki temu „Wichrowe Wzgórza” wyglądają współcześnie, nawet jeśli akcja formalnie pozostaje w XIX wieku. To świadoma decyzja: forma ma mówić więcej o naszych czasach niż o historii literatury.

Nie wszystko jednak się sprawdza. Film rezygnuje z niedopowiedzeń, które były siłą powieści. Emocje są wyłożone na stół, czasem zbyt dosłownie. Tam, gdzie Brontë zostawiała przestrzeń na interpretację, Fennell stawia „kropkę nad i”. To sprawia, że historia traci część melancholii, ale zyskuje tempo i ostrość. Pytanie, co dla kogo jest ważniejsze.

Jeśli szukasz wiernej adaptacji szkolnej lektury, ten film nie jest dla ciebie. Jeśli jednak interesuje cię, jak klasyka może zostać przepisana na język współczesnych lęków i relacji — warto dać mu szansę. To nie jest hołd. To mocna polemika. I właśnie dlatego ta wersja „Wichrowych Wzgórz ” ma jakiś sens. Lubię, gdy kino ryzykuje. Fennell ryzykuje dużo i nie zawsze trafia idealnie, ale przynajmniej nie udaje, że opowiada tę samą historię co sto lat temu. A klasyka, która nie prowokuje, szybko zamienia się w dekorację.

„Wichrowe Wzgórza” w kinach do 14 lutego 2026 roku w dystrybucji Warner Bros. Pictures.