Są takie momenty w kinie, które hipnotyzują widza od pierwszych minut. W „Ostatniej sesji w Paryżu” jednym z nich jest sama obecność Jodie Foster. Niby nic nadzwyczajnego – w końcu to jedna z największych aktorek ostatnich pięćdziesięciu lat – ale kiedy słyszymy ją przez ponad półtorej godziny mówiącą po francusku, coś się zmienia.
Film Rebekki Zlotowski, zaprezentowany w oficjalnej selekcji festiwalu w Cannes w sekcji pokazów specjalnych, jest z jednej strony psychologicznym kryminałem, z drugiej subtelnym portretem kobiety, która nagle traci kontrolę nad własnym życiem. To kino intelektualne, momentami ironiczne, chwilami dziwne – i zdecydowanie bardziej europejskie niż hollywoodzkie.
Foster gra Lilian Steiner, cenioną paryską psychiatrę prowadzącą prywatną praktykę. Jej życie wydaje się idealnie uporządkowane: gabinet, pacjenci, stabilna pozycja społeczna. Wszystko zaczyna się jednak chwiać, gdy jedna z jej pacjentek nagle umiera. Oficjalnie mówi się o samobójstwie. Lilian nie potrafi jednak tego zaakceptować. Zaczyna prywatne śledztwo, które stopniowo wciąga ją coraz głębiej w świat niedopowiedzeń, kłamstw i własnych obsesji.
Psychologiczna zagadka zamiast klasycznego kryminału
Na papierze „Ostatnia sesja w Paryżu” brzmi jak klasyczny thriller. W praktyce film jest trochę inny. Zlotowski nie interesuje się samą zagadką tak bardzo, jak psychiką bohaterki. Śledztwo Lilian staje się raczej pewnego rodzaju pretekstem do pokazania kobiety, która całe życie analizowała cudze emocje, a nagle musi zmierzyć się z… własnymi. To bardzo freudowska opowieść: sny, projekcje, podświadomość, poczucie winy. W pewnym momencie nie wiadomo już, czy bohaterka naprawdę próbuje rozwiązać zagadkę śmierci pacjentki, czy raczej prowadzi terapię samej siebie.
Reżyserka świadomie miesza gatunki. W jednej scenie dostajemy napięcie rodem z thrillera, w następnej niemal komediową sytuację między Lilian a jej byłym mężem. Daniel Auteuil gra go z dużym dystansem i ironią, co sprawia, że film chwilami przypomina starą hollywoodzką komedię o rozwiedzionych małżonkach, którzy nie potrafią się od siebie uwolnić. Ten ton – balansujący między dramatem, kryminałem i lekką komedią – może niektórych widzów zaskoczyć. Ale właśnie dzięki temu film nie zamienia się w kolejną przewidywalną historię o morderstwie.
Rebecca Zlotowski i jej kino o niepewności
Rebecca Zlotowski od lat buduje swoją pozycję w europejskim kinie autorskim. Debiutowała w 2010 roku filmem „Piękny kolec”, który przyniósł jej nagrodę Louisa Delluca dla najlepszego debiutu. Później był „Grand Central”, pokazany w Cannes, „Planetarium” z Natalie Portman czy „Gorące lato z Sofią”. Jej filmy często krążą wokół podobnych tematów: emocjonalnej niepewności, relacji między ludźmi i momentów, w których stabilny świat nagle zaczyna pękać. „Ostatnia sesja w Paryżu” idealnie wpisuje się w tę linię.
Zlotowski interesuje się także samą ideą prywatności. Oryginalny tytuł filmu – „Vie privée” – można rozumieć dosłownie jako „życie prywatne”, ale także jako życie, które zostało z czegoś ogołocone. Bohaterka jest osobą publiczną, uznaną specjalistką, a jednocześnie kobietą coraz bardziej samotną. Reżyserka ciekawie wykorzystuje formę. Pojawiają się sceny snu, hipnozy i fragmenty wizualne stylizowane na obrazy z podświadomości. To momentami bardzo surrealistyczne kino, które nie zawsze trzyma się realistycznej logiki.
Jodie Foster – aktorka, która myśli na ekranie
Największą siłą filmu pozostaje bezapelacyjnie Jodie Foster. Jej kariera jest zresztą jednym z najbardziej niezwykłych przykładów w historii kina. Zaczynała jako dziecko w latach siedemdziesiątych, grając u Martina Scorsese w „Taksówkarzu”. Potem przyszły role, które na stałe zapisały ją w historii kina: „Oskarżeni”, „Milczenie owiec” czy „Kontakt”.
Ten ostatni film – opowieść Roberta Zemeckisa o naukowczyni próbującej nawiązać kontakt z pozaziemską cywilizacją – do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych. Foster potrafiła tam zagrać coś niezwykle trudnego: inteligencję i wrażliwość jednocześnie. Jej bohaterka była naukowcem, sceptyczką i marzycielką w jednej osobie.
W „Ostatniej sesji w Paryżu” znów oglądamy aktorkę, która właściwie nie musi nic mówić, żeby opowiedzieć historię. Kamera często zatrzymuje się na jej twarzy, jakby próbowała uchwycić proces myślowy bohaterki. Foster od lat ma tę rzadką umiejętność – potrafi „grać myślą”. Widz ma wrażenie, że obserwuje coś, co właśnie rodzi się w jej głowie. Co ciekawe, sama aktorka przyznaje, że granie po francusku zmieniło jej sposób budowania postaci. Jej głos brzmi inaczej, jest wyższy, mniej pewny siebie. Ten drobny szczegół działa na korzyść filmu. Lilian Steiner staje się dzięki temu bardziej krucha.
Kino dialogu i niedopowiedzeń
Film Zlotowski jest bardzo „mówiony”. Dialogi mają ogromne znaczenie, a wiele scen rozgrywa się w gabinecie terapeutycznym lub w rozmowach między bohaterami. To trochę jak koncert kameralny: postaci słuchają się nawzajem, analizują, podważają swoje wersje wydarzeń.
Jednocześnie reżyserka zostawia sporo miejsca na niedopowiedzenia. Czy pacjentka naprawdę została zamordowana? Czy Lilian ma rację, czy może po prostu próbuje zagłuszyć poczucie winy? Film nie daje łatwych odpowiedzi.
„Ostatnia sesja w Paryżu” nie jest filmem perfekcyjnym. Momentami fabuła trochę się rozmywa, a niektóre wątki mogłyby być poprowadzone bardziej konsekwentnie. Ale jest w tym projekcie coś bardzo odświeżającego. Zlotowski robi film o inteligencji, rozmowie i psychologii, nie próbując zamienić go w widowiskowy thriller.
Najciekawsze pozostaje jednak spotkanie dwóch światów: Hollywood i francuskiego kina autorskiego. Jodie Foster w tym środowisku czuje się zaskakująco naturalnie. I choć „Ostatnia sesja w Paryżu” nie jest filmem, który zmieni historię kina, ma jedną ogromną zaletę – zostaje w głowie jeszcze długo po seansie. Bo tak naprawdę nie opowiada o zbrodni. Opowiada o tym, jak łatwo zgubić samego siebie, nawet kiedy całe życie analizuje się innych.
„Ostatnia sesja w Paryżu” w kinach od 20 marca w dystrybucji Best Film.


