Jessie Were Superbloom
fot. dzięki uprzejmości Universal Music

Jessie Ware i nowy „Superbloom”. Powrót do przyjemności i kontroli nad popem

Krzysztof Malcher Editor-in-Chief

Jessie Ware od kilku lat konsekwentnie przesuwa swoją muzykę w stronę klubowego popu inspirowanego disco i house’em. Jeśli wcześniejsze albumy budowały nastrój i dystans, nowe wydawnictwo – określane w obiegu jako „Superbloom” – działa bardziej bezpośrednio. To materiał, który nie potrzebuje wprowadzenia.

Jessie Ware i zmiana kierunku

Początek kariery Ware był oparty na oszczędnych aranżacjach i melancholijnym tonie. „Devotion” czy „Tough Love” funkcjonowały w estetyce bardziej intymnej, momentami wycofanej. Zwrot nastąpił przy „What’s Your Pleasure?” – albumie, który wprowadził wyraźne inspiracje disco i klubową energię. „That! Feels Good!” poszło krok dalej, zamieniając subtelność na ekspresję. „Superbloom” wpisuje się w ten kierunek, ale jednocześnie go porządkuje.

Brzmienie: klub bez nostalgii

Najważniejsze w tym materiale jest podejście do produkcji. To nie jest retro dla samego klimatu. Inspiracje disco i house’em są czytelne, ale nie dominują. Rytm jest szybki, bas wyraźny, aranżacje gęstsze niż wcześniej. Utwory są zbudowane tak, żeby funkcjonowały zarówno w klubie, jak i poza nim. To różnica w stosunku do wielu współczesnych projektów, które zatrzymują się na estetyce.

Jessie Ware zawsze była wokalistką bardzo świadomą swojej barwy. Tutaj jej głos jest ustawiony na pierwszym planie – pewny, kontrolowany, momentami bardziej bezpośredni niż wcześniej. Nie ma tu prób ukrywania emocji pod produkcją. Wokal prowadzi narrację, a muzyka go wspiera. To jeden z powodów, dla których ten materiał jest bardziej komunikatywny.

Jessie Were Superbloom
fot. dzięki uprzejmości Universal Music

Teksty i tematy

Lirycznie Ware pozostaje w obszarze relacji, ciała i przyjemności, ale zmienia się sposób mówienia o tych tematach. Znika dystans i niedopowiedzenie. Pojawia się większa otwartość i konkret. „Superbloom” jest spójny, ale nie jednorodny. Tempo utrzymuje się na wysokim poziomie, ale poszczególne utwory różnią się strukturą i dynamiką. Są momenty bardziej intensywne (jak chociażby mój ulubiony kawałek „Sauna” i „Ride”) i takie, które pozwalają złapać oddech, ale całość trzyma jeden kierunek. Nie ma tu przypadkowych utworów.

Kontekst: pop po pandemii

Album wpisuje się w szerszy trend powrotu do muzyki tanecznej. Po okresie bardziej introspektywnego popu artyści coraz częściej sięgają po brzmienia klubowe. Jessie Ware robi to jednak na własnych zasadach. Nie próbuje dopasować się do trendu. Raczej rozwija kierunek, który zaczęła kilka lat wcześniej. W kontekście całej kariery Ware „Superbloom” jest jednym z najbardziej konsekwentnych projektów. Nie ma tu momentu zawahania. Każdy element – produkcja, wokal, tekst – jest podporządkowany jednej idei. To album, który nie próbuje być wszystkim naraz.

Najważniejsze w tym materiale jest poczucie kontroli. Jessie Ware wie, co chce zrobić i robi to bez zbędnych ozdobników. Nie ma tu potrzeby udowadniania czegokolwiek. „Superbloom” to album, który utrzymuje kierunek wyznaczony przez poprzednie wydawnictwa, ale robi to w bardziej zdecydowany sposób. To pop oparty na rytmie, ale prowadzony przez głos i świadomość formy.