Pierwsze trzy kolekcje dyrektora kreatywnego w dużym domu mody zwykle mówią wszystko. W przypadku Sarah Burton w Givenchy trzeci sezon jest momentem, w którym projektantka przestaje tłumaczyć się z archiwów i zaczyna mówić własnym językiem.
Kolekcja Givenchy Jesień–Zima 2026/2027 nie próbuje odtwarzać estetyki Huberta de Givenchy ani dramatyzmu epoki Riccardo Tisciego. Burton interesuje coś innego: konstrukcja kobiety w świecie, który coraz częściej wymaga od niej jednocześnie siły i elastyczności. Projektantka mówi wprost o pytaniu, które towarzyszyło pracy nad kolekcją:
Jak możemy poskładać się na nowo w świecie, w którym żyjemy?






























Garnitur jako punkt wyjścia
Pokaz Givenchy Jesień–Zima 2026/2027 zaczyna się od bardzo czystych sylwetek. Pojawiają się czarne marynarki o precyzyjnie zbudowanych ramionach i płaszcze, które niemal rzeźbią ciało. Burton jest projektantką, która wychowała się w pracowni krawieckiej Alexandra McQueena i w Givenchy wraca do tej szkoły konstrukcji. Garnitury są ostre, linia ramion wyraźna, a talia mocno kontrolowana.
Po pierwszej serii bardzo zdyscyplinowanych looków kolekcja zaczyna się zmieniać. Materiały stają się bardziej miękkie, konstrukcja mniej przewidywalna. Na wybiegu pojawiają się suknie z poszarpanymi kwiatowymi aplikacjami, które wyglądają jakby były rozrywane i zszywane ponownie. Jedwabne tkaniny układają się w nieregularne draperie, a ciężkie peleryny z duchesse satin spływają po sylwetce jak teatralne kostiumy. To moment, w którym Burton pozwala konstrukcji trochę się rozpaść – i właśnie w tym napięciu kolekcja zaczyna żyć.
Stare malarstwo i teatralność
Jednym z odniesień, które przewija się w kolekcji Givenchy Jesień–Zima 2026/2027, jest malarstwo północnoeuropejskich mistrzów. Widać to w kolorach i w sposobie pracy z materiałem. Czarne suknie o połyskującej powierzchni przypominają obrazy, w których światło pojawia się tylko w jednym miejscu.
Głębokie bordo i granaty mają niemal malarską gęstość. Burton pracuje tu z bardzo klasycznymi materiałami couture – ciężkim jedwabiem, satyną, gładką wełną – ale używa ich w sposób bardziej dramatyczny niż dekoracyjny.

























Turban z T-shirtu
Najbardziej zaskakującym elementem pokazu były nakrycia głowy stworzone przez Stephena Jonesa. Wyglądały jak turbany, ale w rzeczywistości powstawały z… skręconych T-shirtów. To drobny gest, który dobrze pokazuje sposób myślenia Burton. W kolekcji pojawiają się bardzo wyrafinowane materiały, ale jednocześnie projektantka nie boi się prostych, niemal improwizowanych rozwiązań.
W tej kolekcji nie ma jednego typu sylwetki. Pojawiają się bardzo surowe garnitury, dramatyczne suknie wieczorowe, obszerne płaszcze i miękkie jedwabne draperie. Givenchy działa tu trochę jak lustro. Pokazuje różne wersje kobiecej tożsamości – od chłodnej, niemal architektonicznej elegancji po bardziej emocjonalną, teatralną ekspresję. Sarah Burton nie próbuje stworzyć jednej definicji kobiety Givenchy. Raczej buduje garderobę dla kobiet, które same chcą ją definiować.

